Chemiczny Ocean

BreakingStory #18

Co dzieje się w klubie zostaje w klubie… i po raz drugi złamię tę zasadę. Nic na to nie poradzę, że o przyszłościowych, a kto wie, może nawet eksportowych polskich zespołach warto, a nawet trzeba mówić i pisać!

Jak zobaczyłam kto ma przyjechać do klubu 2doors w centrum Sosnowca od razu się podjarałam. Chemia + Ocean! Dwa zespoły, które wydały w 2013 roku nowe, anglojęzyczne płyty. Ocean kojarzyłam z utworów Waterfall i Czas by krzyczeć (i coś tam jeszcze). A Chemię zachwalałam w moim podsumowaniu płyt 2013 roku (  ). Czas przyszedł na zobaczenie polskiej nadziei rocka na żywo!

Ale ku mojemu zaskoczeniu na scenę wyszedł support, którego oczywiście nie znałam… najpierw miałam chwilę wątpliwości czy to OCN czy Chemia, ale myślę sobie: „nieeee, to ktoś inny. Jakby Ocean czy Chemia wyszli na scenę to bym ich poznała… ci z Chemii mają brody, a z OCN… raczej nie są tacy młodzi”. Tak – wyszło na jaw, że nie do końca wiem na kogo przyszłam. A więc tym młodym zespołem z Siemianowic Śląskich okazał się Seven on Seven. Chłopaki grają coś w stylu Billy Talent czy Papa Roach. Na Ursynaliach w 2013 roku supportowali 3 Doors Down (i słusznie). I muszę przyznać, że są bardzo dobrzy! Jakby mogli to by roznieśli całą scenę, tyle energii w nich było. Wokalista – Gabriel Doleżyk nie oszczędzał gardła na wykrzykiwanie linijek tekstu do dynamicznych numerów. Aż tak żywiołowo śpiewał, że mikrofon tego nie wytrzymał i pół jednego utworu Gabriel posiłkował się mikrofonem wokalu wspomagającego. Test na niespodziewaną sytuację w czasie koncertu zdał śpiewająco! Wspomnę, że wszystkie kawałki były w języku angielskim, w amerykańskim stylu. To jeszcze dzieciaki, a tak dobrze brzmią! Widzę przed nimi świetlaną przyszłość! Chociaż ludzie zgromadzeni w klubie raczej woleli popatrzeć niż trochę poszaleć. Ja się nawadniałam…

Ocean też pojawił się znienacka na scenie – ale tu już byłam pewna, że to oni. Trio z Wrocławia zgromadziła przy barierkach już bardziej liczną gromadkę ludzi. Ale to Sosnowiec, więc ilość osób, które się bawiły (jak na rockowy koncert przystało) wynosiła 4-6 osób. W tym ja. Na szczęście wokaliście – Maciejowi Wasio to specjalnie nie przeszkadzało i z nieschodzącym z jego twarzy uśmiechem zachęcał to wspólnej zabawy. Grali głównie angielskie kawałki z płyty Waterfall, ale nie zapomnieli też o polskim „Czas by krzyczeć”, gdzie Wasio został baaardzo skutecznie zdekoncentrowany przez gołe pośladki Krzyśka Jaworskiego (basista Chemii) na backstage’u. Cudem dociągnęli piosenkę do końca, ale trzeba przyznać, że śmiechu było po pachy. Chociaż panu basiście wyglądającemu jak Quentin Tarantino (a tak naprawdę Piotrowi Wojtanowskiemu) chyba mało wesoło było bo spoglądał na ludzi z pogardą pod tytułem „dla takiej garstki ludzi szkoda strzępić paluchy”. Jeden mądry pan kiedyś powiedział* „za każdym razem dajemy z siebie wszystko, ponieważ niektórzy widzą/słyszą nas pierwszy raz” – zdecydowanie wokalista wziął sobie te słowa do serca i starał się mimo wszystko rozkręcić te 45 osób w klubie (zaznaczę tu, że sam klub jest mikroskopijnych wielkości, więc ta liczba w środku nie wyglądała dramatycznie) przy piosence „W piekle nie będę sam”. No i pod koniec było już naprawdę miło i energicznie na „płycie”. Nawet wrócili na bisy, gdzie jeszcze raz mogliśmy usłyszeć Waterfall i dogrzać się na lekcję Chemii.

Chemia. Zespół założony w 2007 roku w Warszawie, z dorobkiem 3 płyt (druga wydana z wokalem Łukasza Drapały) dotarł również z trasą promocyjną płyty The One Inside do Sosnowca! To była taka chwila prawdy dla zespołu, ponieważ od niedawna zaczęłam bacznie się im przyglądać, pokładając w nich nadzieję na pierwszy polski rockowy zespół, który na poważnie podbije świat!  

Koncert rozpoczęli moim ulubionym, ciężkim (troszkę grunge’owym) Sweet. Od razu było widać na kogo tak naprawdę przyszli Sosnowiczanie (dam sobie rękę uciąć, że jeden człowiek był również na Comie w Wiatraku!). Ego i Walked Away rozbujał dziesiątkę ludzi, ale tak konkretnie. Początkowo lekko speszeni muzycy Chemii (tą skromną ilością ludzi), również zaczęli się rozkręcać z kolejnymi utworami Fuckshack i B52 (po polsku! Tu mnie zaskoczyli!). Najbardziej znane Hero wzbudziło na tyle emocji, że Łukasz Drapała (wokalista) pochwalił naszą wesołą, dobrze bawiącą się ekipę rockendrolowców i od tego momenty przełamaliśmy wszystkie lody. She, Bondage of Love, The Luck (??), Generation Zero i Fire to już było rockowe szaleństwo na całego! W pogo weszło już 12-14 osób, skakanie, klaskanie, śpiewanie – było dużo dobrej zabawy (chociaż większość raczej patrzyła się, ale kto by się tymi drewniakami przejmował). Wojciech Balczun (wiecznie uśmiechnięty) i Maciej Mąka na gitarach zachęcali do dawania czadu, wtórował im klawiszowiec Rafał Stępień. Łukasz Drapała, z długaśną brodą (nie lubię brodaczy ale naprawdę mu w niej do twarzy, taka mała dygresja), także nie oszczędzał się i z należytą perfekcją wykonywał swoje partie wokalne. Na koniec zagrali polskie Latam. Moje gardło przeżywało katusze (ale za to katar mi przeszedł! Cud!), ale razem z resztą fanów wybłagaliśmy Chemię na bis. A oni: „a co chcecie żebyśmy zagrali?”. „Ssij!” (czyli She) wykrzyczeli ludzie, Fire, ja chciałam Sweet ale to chyba bym musiała napisać, a nie wykrzyczeć. Jeszcze było coś na sam koniec, ale cholera nie umiem rozpoznać tego kawałka, ale było dużo skakania i dobrego pogo.

Super koncert! Chemicy (piękne określenie, wiem) porwali ludzi do zabawy, nawet Sosnowiczan! I to jest miara prawdziwego zespołu, że mimo garstki osób, potrafili rozkręcić imprezę tak, że sami czerpali z tego radość. Zdecydowanie jestem zdania, że mogą stać się gwiazdami dużego formatu! Mają wszystko czego potrzeba! Mają wokalistę – Łukasza Drapałę – o bardzo dobrym i całkiem charakterystycznym głosie, o wyglądzie obecnie lekko mrocznym. Co prawda troszkę widać, że rola frontmana u niego jest jeszcze do dopracowania, że się tak wyrażę (no przecież nikt nie rodzi się frontmanem! Każdy wokalista musi wypracować swój styl poruszania się na scenie i komunikacji z publicznością, aby być po prostu przekonującym, a tu myślę, że jeszcze spokojnie tkwią rezerwy, dajmy mu czas). Mam na myśli głównie kontakt z publicznością, aby było między nim a ludźmi więcej, nomen omen, chemii, takiego wzajemnego przekazywania energii, a zespół wejdzie na nowy poziom artystyczny! Mają charakterystycznych muzyków: gitarzystów (Carlos Santana czyli Wojciech Balczun, napędzający machinę o nazwie Chemia oraz Maciej Mąka, który potrafi nieźle pocisnąć solówkami), żywiołowych perkusistę (Adam Kram) i klawiszowca (Rafał Stępień) oraz niewyróżniającego się z pozoru niczym basistę (Krzysiek Jaworski), ale ewidentnie dobrego ducha zespołu (to ten żartowniś z koncertu OCN). No i mają dopracowaną, świetnie brzmiącą muzykę, nagrywaną w dalekim studiu w Vancouver. I co ważne – obrotnego agenta – Ralpha Jamesa z chęciami i możliwościami do zagranicznej promocji zespołu.

Więc czego brakuje Chemii do szczęścia? HITU. Hero to doskonały, charakterystyczny utwór (moja reakcja kiedy się dowiedziałam, że to ich numer: „To, to jest ta Chemia?! No to ja teraz rozumiem o co tyle hałasu!”), ale jednak to chyba jeszcze nie to co wyniesie Chemię na wyżyny. To jeszcze nie Chop Suey, ani Through Glass czy Losing my Religion. Moim zdaniem najlepsze jest jeszcze przed Chemią, teraz niech budują i umacniają bazę fanów i pukają do światowego rockowego światka, a będzie im dane! Mają potencjał na wielkie granie! Zapamiętajcie me słowa – Chemia will rule the Word!

PS. Dostałam set listę Chemii ;))) tak tylko chciałam się pochwalić.       

 *Brent Smith z Shinedown ;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.