WinterFest ze Skindredem! (relacja, 15.11.2014r.)

BreakingStory #48

WinterFest, 15.11.2014r., klub Studio, Kraków.

Nie zostałam wylosowana do komisji na wybory samorządowe – ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – za to wygrałam bilet na WinterFest w krakowskim Studiu.

Festiwal rozpoczął się po 17 od Sawblade i KNoW, których nie widziałam (nie tak prosto jest się dostać do klubu i to jeszcze po ciemku). Ale już na Anti-Clone zdążyłam. W samym klubie, który taki mały nie jest (wielkość „płyty” porównywalna do Wiatrakowej w Zabrzu, ale za to mają część barową) było bardzo mało ludzi, a pod sceną była dosłownie garstka. Trochę szkoda, bo Anti-clone dali czadu. Wokalista z wymalowaną na biało twarzą i soczewkami szalał z mikrofonem, zeskakiwał do publiczności, zachęcał do śpiewania (a raczej krzyczenia) refrenu. Nawet jeden chłopak otrzymał mikrofon i pokazał kawał głosu (szacun!). Wizerunkowo świetnie się prezentowali.

Nagłośnienie było tak kapitalne – chyba najlepsze jakie dotąd słyszałam w klubie przy tak ciężkiej muzyce. I pewnie dlatego też bardzo mi się spodobali. Efektem tego było nawet wspólne zdjęcie z muzykami.

Potem wyszli na scenę… znani z X-factora, ale ja już ich od dawna kojarzę (przynajmniej siedmiu lat, nawet byłam na koncercie w zeszłym roku i połowicznie jeszcze raz dwa lata wcześniej i jak ja mam ich nie lubić kiedy kręcą teledyski w Sosnowcu??) – Cała Góra Barwinków. Jak rockowe reggae/ska ma się do poprzedzającego ich alternatywnego metalu, a następujących po nich klonów Rammstein? Tacy trochę z kosmosu byli, ale skoro to festiwal no to czemu nie? I okazało się, że ludzie również się fajnie bawili (podoba ilość pod sceną co Anti-Clone), chociaż bardziej kołysali i bujali się. Grali króciutko (0,5h) ale nie zabrakło mojego ulubionego 24 godziny.

Po CGB na scenie pojawili się ślązacy z krwi i kości – Oberschlesien. Nazwę kojarzyłam i znałam ich z faktu, że śpiewają po śląsku. Trzeba do tych informacji dodać kolejny istotny fakt – grają jak Rammstein, czyli industrial metal. Spokojnie można ich oskarżyć o zrzynanie stylówy i w sumie monotonne, jednostajne granie tego samego. Ale trzeba im przyznać, że nie są jakąś tam tanią, chińską/śląską podróbką Rammsteina. Grali na tyle fajnie, że pod sceną zawiązało się pogo. Poza tym panowie dołożyli efekty pirotechniczne, a na scenie prezentowali się znakomicie  – stroje, pomalowane twarze, czaszka tu, czaszka tam, świece. Było klimatycznie i mrocznie.

Niewiele rozumiałam bo ja po ślonsku nie godam, a dodatkowo jestem z Sosnowca, a to wystarczający powód do wyrzucenia z koncertu, ale przyznam, że panowie mi się podobali i pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie.

I na koniec, gwiazda wieczoru – Skindred! W końcu zebrała się liczniejsza grupka ludzi z czego kilka osób ubranych było w Woodstockowe koszulki. Walijczycy byli w tym roku na Przystanku Woodstock i rozkręcili tam genialną imprezę.

I właśnie dlatego ja się wybrałam na koncert – widziałam filmik, widziałam „helikopta”, i też chciałam się dobrze bawić na ich koncercie. I tak też było! Żywiołowa muzyka porwała wszystkich do skakania, pogo, a nawet mini-fali. Benji oczywiście w okularkach, z brytyjską flagą przy mikrofonie rozkręcał imprezę.

Nie zabrakło takich utworów jak Doom Riff, Cut Dem, Trouble, Babylon i Bruises. Z nowej płyty usłyszeliśmy Ninja i Kill the Power. Trochę szwankowało nagłośnienie – daleko mu było do Anti-Clone. Fajnym elementem w występie Skindredów był motyw z Sad But True przed utworem Pressure i Nobody. Ale i tak zniszczył system Warning i słynny „helikopta” (wszyscy wiedzieli o co chodzi: zdjąć koszulkę i wymachiwać nią w powietrzu) – mega fajna zabawa! Bardzo szybko czas minął, ale i tak człowiek był padnięty po tak intensywnym koncercie! Szkoda tylko, że nie było więcej ludzi…



Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.