Recenzja: Ghost in the Shell

Już przed premierą „Ghost in The Shell” wzbudzał wiele kontrowersji począwszy od kwestii whitewashingu po sens adaptowania kultowego anime do filmu live-action. Na szczęście sama produkcja obroniła się swoją wizualną stroną, ale trudno poczuć, nomen omen, ducha oryginału.

Przyznam, że miałam dużo wątpliwości po obejrzeniu zwiastunów do „Ghost in The Shell”, czy na pewno warto było nakręcić aktorską wersję tego klasyka. Przenoszenie cyberpunkowego anime do filmu akcji z aktorami, to stąpanie po niepewnym gruncie, gdzie każda zła decyzja twórców spotkałaby się z niezadowoleniem fanów. A jednak Amerykanie dali sobie radę, choć i tak wyszła im produkcja przeciętna. Na pewno na słowa pochwały zasługuje strona wizualna filmu. Znajdziemy tu wiele znajomych ujęć, kadrów i lokacji, które wyglądają tak samo imponująco i plastycznie jak w anime (włącznie z rozbryzgującymi się mechanicznymi mózgami). Efekty specjalne również nie zawodzą, ale do choreografii walk można mieć pewne zastrzeżenia, że nie wszystkie niedociągnięcia udało się ukryć. A ukłonem w stronę fanów jest również wykorzystanie słynnego głównego tematu muzycznego Kenjiego Kawaia. Szkoda, że twórcy postanowili stworzyć własną ścieżkę dźwiękową, która nie robi aż takiego wrażenia, jak ta skomponowana przez japońskiego wirtuoza.

Jednak największym problemem „Ghost in the Shell” jest brak emocji. Reżyser Rupert Sanders skupił się na przedstawieniu uproszczonej historii Major (różniącej się od pierwowzoru), aby nawet niezwiązany z tą animacją widz mógł ją bez trudu zrozumieć. Ale to przyniosło konsekwencje w postaci spłycenia całej filozofii anime, która najbardziej pasjonuje wszystkich fanów i sprawia, że ogląda się je z takim zainteresowaniem oraz uwagą. Oczywiście filmu nie pozbawiono całkowicie tego elementu, który jest główną siłą oryginału „Ghost in the Shell”, ale tylko wspomniano o przesuwającej się granicy człowieczeństwa, nie zagłębiając się też w pojęcie tytułowego ducha. Mimo to dobrze się stało, że postawiono na w miarę solidną historię i dobrą akcję, niż żeby bohaterowie zaczęli rzucać pustymi frazesami, aby sztucznie dodać „filozoficznego” klimatu.

Sporo kontrowersji wzbudzało zatrudnienie Scarlett Johansson, aby zagrała Major, która jest oczywiście Japonką w anime. Wytwórnię oskarżano o wybielanie bohaterów, zamiast dać szansę azjatyckim aktorom. Moim zdaniem Johansson wywiązała się ze swojej roli satysfakcjonująco, dobrze rozumiejąc swoją bohaterkę. Co prawda nie musiała się silić na jakąś charyzmatyczną grę aktorską, ale ważne, że uchwyciła specyfikę tej postaci. Jej spojrzenie było bystre i przeszywające tak jak u animowanej Major. Prawdę mówiąc nie widziałabym żadnej innej aktorki w tej roli, szczególnie pochodzenia azjatyckiego. Niech potwierdzeniem moich słów będzie postać Aramakiego. Fajnie, że mówił po japońsku, ale Takeshi Kitano, który się w niego wcielał był tak drętwy i bezbarwny, jakby grał zaprogramowanego robota. Więcej życia wykazali Juliette Binoche (Dr. Ouelet) i Pilou Asbæk (Batou) – pod względem castingowym to był strzał w dziesiątkę. Szkoda, że Michael Pitt w roli Kuze (odpowiednik Władcy Marionetek) nie roztaczał wokół siebie tej fascynującej aury tajemniczości z anime. I jak to zwykle bywa w produkcjach na podstawie komiksów/anime złoczyńca również nie zachwycił.

Czy potrzebna nam jest aktorska wersja „Ghost in the Shell”? Niekoniecznie. I tak większość widzów poszła do kina zobaczyć niby-nagą Scarlett, a nie przekonać się, jak wygląda ten film z aktorami. Nie jest to zły blockbuster, bo na pewno ma swoje atuty, a co najważniejsze – nie obraża oryginału. Niestety produkcja trochę przynudza, a przede wszystkim brakuje jej tej głębi, która skłania do myślenia na temat technologii coraz śmielej wkraczającej w nasze życie. Lepiej zapoznać się z oryginałem, a film live-action traktować, jako niezłą ciekawostkę.

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.