Recenzja: The Walking Dead #167 (Żywe Trupy)

The Walking Dead nie tylko potrafi zaskakiwać gwałtownymi, brutalnymi czy szokującymi śmierciami bohaterów, ale również wzruszać do łez, co udowodnił najnowszy zeszyt komiksu.

Kiedy zobaczyliśmy ranę na szyi Andrei dwa rozdziały temu jeszcze tliła się nadzieja, że może to nie jest efekt ugryzienia przez szwendacza. Jednak w nowym rozdziale szybko potwierdziły się najgorsze obawy, że jedną z głównych bohaterek The Walking Dead czeka śmierć. I bardzo dobrze, że twórcy postanowili poświęcić jej umieraniu cały zeszyt, aby uhonorować tę postać w należyty i pełen szacunku sposób.

Bardzo podobała mi się strona, w której postacie przychodziły do Andrei, aby się z nią pożegnać, wyrazić swoje uczucia, a także podziękować za to co dla nich zrobiła. Większość wyznań napawała smutkiem, ale też pokazywała ile jej obecność i dzielna postawa dla nich znaczyła. Nawet Negan docenił jej osobę stwierdzając, że byłby to dla niego zaszczyt, gdyby zginął właśnie z jej ręki. Co w pokrętny sposób jest na pewno największym komplementem, na jaki było go stać. A przy okazji na chwilę rozchmurzającym ponurą atmosferę. Poza tym powiedział też, że była z niej niezła twardzielka, co udowodniła nam wielokrotnie, a w nowym rozdziale przyjęła po męsku całą sytuację. Nie tylko pogodziła się z losem, ciesząc się, że może umrzeć w domu, a nie rozszarpywana przez zombiaków, ale również dawała dobre rady Carlowi i nie pozwoliła popaść Rickowi w rozpacz.

Choć rysownikom udało się idealnie ukazać, jak Andrea słabła w oczach z powodu postępującej choroby, to jednocześnie wydawała się w tym momencie silna, jak nigdy. Panel, gdzie ostatkiem sił krzyknęła do Ricka, że poradzi sobie bez niej, był upiory i porażający, ponieważ wyglądała niemal, jakby się już przemieniła w szwendacza. Wciskająca w fotel scena. Ten imponujący kontrast uchwycony przez twórców sprawiał, że jej śmierć stała się jeszcze bardziej dramatyczna.

Raczej mogliśmy się spodziewać, że to Rick będzie przy Andrei w ostatnich chwilach jej życia i będzie chciał własnoręcznie powstrzymać ją od przemiany w zombie. Pytanie brzmiało, w jaki sposób to zrobi. Szarpanina raczej nie była powodem do stresu o przetrwanie głównego bohatera, lecz sama sytuacja wywoływała wiele emocji, widząc jak ta postać już jako szwendacz, atakuje człowieka, którego kochała. Nie rewolwer, lecz nóż okazał się narzędziem, które zakończyło nieszczęsny los Andrei. Co było zdecydowanie lepszy wyborem, niż ewentualna perspektywa rozbryzganego wkoło mózgu. Ta bohaterka zasłużyła na mniej krwawą i makabryczną śmierć.

Jeżeli te sceny jeszcze nie zdołały wycisnąć czytelnikom łez z oczu, to na pewno, kiedy Rick wyszedł na zewnątrz do Alexandryjczyków już tak. Słowa Andrei, które czytaliśmy w okienkach, doskonale podkreślały charakter i ważność Grimesa w czasie apokalipsy zombie. Wszystko to o czym mówiła, że jest jak jaśniejąca latarnią dla wszystkich (czyżby nawiązanie do „Outcast”?) i że zbudował coś znaczącego objawiło się przed nim. Prawdziwość słów Andrei dała mu siłę, a jej śmierć nie załamała go. To cieszy, ponieważ kiepsko byłoby oglądać zrozpaczonego Ricka, a tak wciąż widać nadzieję w jego oczach. Tylko twórcy mogli sobie darować ten „epicki” promień światła, który padał na jego twarz, jakby był co najmniej świętym lub zbawicielem narodów. To akurat wyglądało trochę śmiesznie, choć wciąż podkreślało emanującą, wewnętrzną siłę Ricka.

Nowy zeszyt tak skupił się na umieraniu Andrei i uhonorowaniu jej pamięci, że na drugi plan zeszła sprawa ze Zbawcami, gdzie przecież zginęła ich liderka. Choć my wiemy, że Sherry straciła życie w wypadku w czasie szamotaniny z Rickiem to Dwight nie wygląda na przekonanego. Czy to może oznaczać, że ta postać niespodziewanie zmieni stronę i będzie szukać zemsty za śmierć byłej żony? Na razie trudno wyrokować, ale ziarnko niepewności twórcy zasiali. Jeszcze też warto odnotować, że Rick z Michonne znowu w pewien sposób zbliżyli się do siebie. Zawsze byli przyjaciółmi, ale w takiej sytuacji twórcy może będą chcieli pójść śladem serialu. Przekonamy się w wciągu najbliższych miesięcy i wtedy będziemy oceniać, czy to dobra droga dla Ricka.

Natomiast rozdział 167. zakończył się bardzo zaskakująco po jednym względem. Zazwyczaj po ostatniej stronie komiksu możemy przeczytać listy od czytelników i odpowiedzi autorów, ale tym razem pojawił się tylko list Roberta Kirkmana. A w nim w bardzo emocjonalnych słowach przepraszał czytelników za uśmiercenie Andrei! Z jednej strony to miłe, że nawet twórcom zdarza się przeżywać swoje decyzje o zabijaniu postaci, ale z drugiej strony jego usprawiedliwianie się przed czytelnikami jest zupełnie niepotrzebne. Pożegnaliśmy Andreę w piękny, wzruszający (może lekko przeciągnięty) sposób, który nie wymaga przeprosin. Panie Kirkman – zrobił to Pan dobrze! Czekamy na kolejne tak świetnie opowiedziane wydarzenia, nawet jeśli wiążą się z uśmiercaniem głównych bohaterów.

Źródło zdjęcia: https://imagecomics.com

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.