Relacja: Przystanek Woodstock 2017

Mówi się, że na Przystanek Woodstock nie przyjeżdża się tylko dla muzyki, ale przede wszystkim dla wspaniałej, niepowtarzalnej atmosfery, którą tworzą uśmiechnięci, pozytywnie zakręceni ludzie. Po kilku latach w końcu i ja poczułam na własnej skórze, jak to jest bawić się na tej legendarnej, trzydniowej imprezie w Kostrzynie nad Odrą. Z całym przekonaniem stwierdzam, że w tych słowach nie ma ani odrobiny przesady i nie mam wątpliwości, że Przystanek Woodstock jest najpiękniejszym festiwalem świata!

20170805_003134

Od kilku lat moje uczestnictwo w Przystanku Woodstock ograniczało się jedynie do ekranu komputera i live streamingu na Kręcioła TV (nawet napisałam relację). Ale w końcu nadszedł czas, że ruszyłam w trasę do Kostrzyna nad Odrą, aby na żywo poczuć niezwykłą atmosferę tego wielkiego festiwalu. Wiele się nasłuchałam, naczytałam i naoglądałam, więc jakieś pojęcie miałam w co się pakuję, ale i tak Przystanek Woodstock przeszedł moje najśmielsze wyobrażenia.

Pierwsze co zrobiło na mnie kolosalne wrażenie to… ludzie. A raczej tłumy przemieszczające się między scenami, pasażami, namiotami, toi-toiami itd. Jedno jest wiedzieć, że na Przystanek Woodstock przyjeżdżają tysiące, a nawet setki tysięcy osób, ale drugie to zobaczyć na własne oczy te rzesze muzycznych maniaków. Wrażenie jest porażające, ale gdy już człowiek ochłonie i przyzwyczai się do tego oceanu ludzi to zaczyna dostrzegać ich barwność, luz i radość. Idąc przez na przykład pasaż handlowy wiele osób przybije ci piątkę, zaprosi do uścisku (kartoniki z napisem „free hugs”), spryska wodą (bo był upał), pomodli się za ciebie (bo nieopodal był Przystanek Jezus), zaprosi do wspólnego śpiewu, tańca lub jakiejś ulicznej gry w zbijanie puszek po piwie. I nie ważne czy masz na sobie koszulkę ulubionego zespołu, filmu, serialu, jesteś przebrany za krowę lub Spider-Mana, masz na głowie kapelusz z puszek czy nie masz butów albo łowisz ryby (?) w kałuży – wszyscy są dla siebie mili i uśmiechnięci. Jasne, że to pewnie kwestia poprawiania sobie nastroju zielonymi substancjami (no np. Leszkiem z piękną woodstockową grafiką na puszce), ale mimo wszystko nie spotkałam się z żadnym agresywnym zachowaniem (pewnie miałam szczęście), tylko ze szczerą otwartością i poczuciem humoru. Naprawdę nie mogłam oderwać wzroku od tych kolorowych ludzi, którzy potrafili się tak wesoło bawić. Mnie również nie schodził uśmiech z twarzy na ten widok.

20170804_133249

Taką kwintesencją, jak niesamowity jest Przystanek Woodstock, który jednoczy ludzi, była ekipa (na polu namiotowym zameldowali się już w poniedziałek!), do której dołączyłam pierwszego dnia festiwalu. Usadowili się w alejce między namiotami, a jeden z chłopaków rozłożył karimatę, rozebrał się do kąpielówek, założył czapkę rasta, okrągłe okulary i… zaczął grać na fletni „No woman no cry”. I naprawdę świetnie mu to szło! Przed sobą postawił denko plastikowej butelki, a na kartoniku napisał: „zbieram na chorą córkę”. Uwierzcie mi, że uzbierał około 20 złotych, ale nie pieniądze są najważniejsze w tej historii, ale co się później wydarzyło. Do chłopaka po chwili dołączył gitarzysta ze swoim sprzętem (tak po prostu) i razem zaczęli grać kolejne kawałki. Potem przyłączyło się dwóch wokalistów i w taki sposób utworzył nam się zespół (byłby jeszcze perkusista, ale… nie miał bębna). Tak sami z siebie zagrali kilka utworów (m.in. „Wind of Change”), a potem się rozeszli w świetnych nastrojach. To jest właśnie Woodstock!

Oczywiście duże wrażenie zrobiła na mnie ogromna Duża Scena z telebimami, z której płynął idealny dźwięk. Została ona otoczona barierkami, ponieważ Woodstock uznano za imprezę o podwyższonym ryzyku. Nie potrafię ocenić czy to dobrze czy źle, bo nie mam porównania z poprzednimi latami, więc ten stan rzeczy nie wywoływał we mnie większych emocji. Ale faktycznie w tłumie słyszałam wiele negatywnych uwag. Dlatego w sobotę burmistrz Kostrzyna nad Odrą zezwolił na demontaż barierek, co wywołało falę radości i zadowolenia. Brawo!

20170803_182715

Jeśli chodzi o aspekt muzyczny w tym roku na Przystanek Woodstock przyjechało bardzo dużo zespołów rockowo-metalowych, więc jak już opuściłam namiot, aby posłuchać dobrej muzyki, tak znikałam na kilka godzin, przemieszczając się między scenami, których było cztery plus jedna w lesie (Wiewiórstock). Oczywiście człowiek się nie rozdwoi, więc bardzo ważnym na festiwalu jest wyznaczyć sobie priorytety, aby stworzyć najbardziej satysfakcjonujący harmonogram występów poszczególnych zespołów, żeby jak najwięcej ich pooglądać i posłuchać. I tutaj też zderzamy się z rzeczywistością, ponieważ nawet jeśli sobie wszystko doskonale zaplanujemy na papierze, to i tak specyfika festiwalu to zweryfikuje. Bo nawet jeżeli nasze koncerty na poszczególnych scenach całkiem zgrabnie się zazębiają, gdzie można z danego gigu stracić zaledwie dwie-trzy piosenki, to problemy pojawiają się przy przemieszczenia się między scenami. O ile w normalnych warunkach zajęłoby to nam 5-10 minut, tak przy tych ogromnych tłumach, przejście z Dużej na Małą Scenę trwa dwa razy dłużej niż zazwyczaj. A wieczorami to nawet trzy, kiedy wszyscy zażywają kąpieli muzycznych i są stłoczeni na terenie festiwalowym. Przekonałam się, że warto wychodzić z namiotu wcześniej lub znaleźć pewne sprytne skróty. Taki urok imprezy, o którym warto pamiętać na przyszłość.

Mój pierwszy Przystanek Woodstock rozpoczęłam od koncertu The Kyle Gass Band. I chyba nie mogłam sobie wyobrazić lepszego otwarcia, ponieważ od zespołu emanowała pozytywna energia, gdzie nie brakowało charakterystycznego jajcarskiego podejścia. Jasne, że wolałabym zobaczyć Kage’a z Jackiem Blackiem i Tenacious D, ale Gass również potrafi rozbawić publiczność. Rock’n’rollowe brzmienie fajnie nastrajało woodstockowiczów, choć trochę miny zrzedły kiedy pod koniec koncertu spadł ulewny deszcz. Kolejna mądrość wyniesiona z festiwalu pod chmurką – zawsze noś przy sobie coś od deszczu (nie posłuchałam samej siebie… na Trivium zmokłam po raz drugi).

Następnie zagrali Amerykanie z Trivium. W sumie to był mój najważniejszy punkt Woodstocka, tzw. must-see. Chłopaki dali czadu na scenie, a pod nią bez ustanku pogowali fani zespołu. Z twarzy Matta Heafy’ego (wokalisty) nie schodził uśmiech, ale też łatwo mu nie było, kiedy już po pierwszym growlu miał później drobne problemy z czystym śpiewaniem. Usłyszeliśmy też nowy utwór „The Sin And The Sentence”, który zespół dosłownie kilka dni wcześniej udostępnił na swoim profilu, a na żywo wypadł równie potężnie. Świetny koncert, choć jak już wcześniej wspomniałam – tutaj też deszcze nikogo nie oszczędził. Ale kto by się tym przejmował?

20170803_193737

Po kolejnej siarczystej ulewie (na szczęście już ostatniej) przyszedł czas na amerykańską grupę Prong. Pod Małą Sceną zrobiło się porządne błocko, ale to nie powstrzymało nikogo przed szaloną zabawą. Prawdę mówiąc to ten crossoverowo-thrashowy zespół na żywo brzmi bardziej energicznie niż na studyjnych kawałkach. Aż chciało się rzucić w ten wir pogowiczów i potaplać się w błocie… pod warunkiem, że miało się glany. W każdym razie Prong znalazł wspólny język z woodstockowiczami, a atmosfera i żywiołowa muzyka sprzyjała nieco brutalniejszej zabawie.

O północy z Mateuszem wybraliśmy się na The Dead Daisies, do których dołączyła Orkiestra Filharmonii Gorzowskiej oraz… gość-niespodzianka. Zastanawiałam się, czy orkiestra sprawi różnicę, a kawałki wzbogacą się o nowe brzmienie i faktycznie dodała nieco życia oraz pozytywnych wibracji. Podczas koncertu usłyszeliśmy kilka coverów, m.in. „Rockin’ in the Free World” Neila Younga, “Let It Be” The Beatles, “My Generation” The Who czy “Give Peace a Chance” Johna Lennona. A podczas “What A Wonderful World” dołączył… Titus! Duecik wyszedł bardzo fajnie, bo obaj panowie odpowiednio modulowali głosy. Z kolei na coverze “Helter Skelter” The Beatles pokojowy patrol rozwinął ogromną biało-czerwoną flagę, która wyglądała obłędnie. My przeskoczyliśmy pod sektorówkę, aby pomóc ją rozkładać. Zresztą było słychać po lekko łamiącym się głosie Johna Corabiego, że ten widok też zrobił na nim wrażenie. Z kolei mnie najbardziej podobał się cover Deep Purple – „Highway Star”. Koncert zakończył się “Rockin’ in the Free World” Neila Younga.

DALSZY CIĄG NA KOLEJNEJ STRONIE!!

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.