Recenzja: Death Note (Notatnik Śmierci)

Miesiące przed premierą ekranizacja słynnego japońskiego anime Death Note wzbudzała kontrowersje za sprawą tzw. whitewashingu. Po obejrzeniu filmu Netflixa wydaje się, że ta kwestia jest jednak najmniejszym problemem, który sprawia, że ta produkcja jest po prostu słaba i nie warta uwagi.

Jestem jedną z tych osób, które miały przyjemność obejrzeć anime „Death Note” i dały się uwieźć tej historii, postaciom i klimatowi. Ale było to już dosyć dawno temu, wiele wątków się zamazało w pamięci, więc do amerykańskiej wersji live action tego serialu podchodziłam z dystansem, chłodną głową i otwartym umysłem, aby przekonać się na własnej skórze czy faktycznie krytyka, która na nią spadła jest słuszna i uzasadniona. Niestety film dla fana anime jest męczarnią i pasmem westchnień nad jego nieudolnością. Z kolei widzowie, którzy nie są zaznajomieni z materiałem źródłowym, również nie znajdą w nim dobrej rozrywki.

Łatwo można było przewidzieć, że jeżeli Amerykanie zabiorą się za kręcenie kultowego anime „Death Note”, to cała historia zostanie spłycona, a scenariusz będzie pozostawiał wiele do życzenia. Tak jakby twórcy sobie pomyśleli: „co może się złego stać, jeśli troszkę pozmieniamy sposób działania Notatnika Śmierci dla własnych potrzeb, L będzie czarny, aby nie zapomnieć o poprawności politycznej, a Light będzie łajzowatym nastolatkiem, który bawi się w boga wraz ze swoją socjopatyczną dziewczyną, obowiązkowo cheerleaderką?”. Odpowiedź jest prosta – powstanie głupi film dla nastolatków.

Magia „Death Note” polegała na tym, że miał on dwie solidne, wyraziste postacie, które prowadziły ze sobą inteligentną grę w kotka i myszkę. Light był nie tylko utalentowaną i emanującą pewnością siebie osobą, ale również szczwanym lisem i socjopatą w jednym, który zaczął poczuwać się za boga wydając wyroki śmierci każdemu skazanemu przestępcy. Dzięki temu serial miał też wymiar moralno-filozoficzny, który skłaniał do refleksji i dyskusji. Z kolei L dla przeciwwagi wykazywał się dziwnym zachowaniem, który stanowił o jego uroku, ale również był niezwykle błyskotliwym bohaterem i godnym przeciwnikiem dla Kiry. To właśnie relacje między tymi postaciami najbardziej fascynowały w całej historii. Nie można też zapominać o Ryuku uwielbiającym soczyste owoce, który reprezentował tą mniej przyziemną część „Death Note”.

Więc co nam zostało w filmie z oryginalnej fabuły? Notatnik Śmierci zabijał po wprowadzeniu do niego imienia i nazwiska, ale na potrzeby produkcji zmieniono kilka zasad, co najbardziej odbiło się w totalnie naciąganej końcówce „Death Note”, która zrujnowała przebłyski niezłych motywów. Light wciąż był inteligentnym uczniem liceum, ale nic nie pozostało z jego nieprzeniknionego oblicza i manipulatora. Nat Wolff tylko momentami przypominał tego antybohatera z anime, ale czasem aż ciężko było patrzeć na to, co on wyprawia przed kamerą, szczególnie kiedy przychodziło do odgrywania scen przerażenia. Nie wiadomo czy ogląda się film kina klasy Z, czy niskiej jakości komedię. Trochę lepiej na jego tle prezentował się Lakeith Stanfield jako L, bo jeśli pominąć bardzo słaby rozwój wydarzeń w „Death Note”, który zabił jego decydującą rolę w fabule, to można by uznać, że stawiając na tego czarnoskórego aktora nie było takim złym pomysłem. Gdyby miał więcej czasu na zbudowanie swojej postaci, na pewno charakterystyczny sposób poruszania się L’a wyglądałby bardziej naturalnie i mniej sztucznie w jego wykonaniu. Jednak najgorzej w całym towarzystwie wypadła Margaret Qualley w roli Mii (czyli Misy), która wykazała się tak drewnianą grą, że nawet Pinokio wydaje się przy niej bardziej plastyczny. Nie dość, że aktorka jest tragiczna to jej postać jest jeszcze bardziej irytująca, a jej działania pozbawione logiki. W jej związku z Lightem brakowało jakiejkolwiek chemii, a poza tym nie miał on najmniejszego sensu. O ile w jakiś sposób dało się przełknąć głównych bohaterów, tak ta dziewczyna wbiła gwóźdź do trumny tego filmu.

Na szczęście Netflix nie przyoszczędził na efektach specjalnych, gdzie finałowa scena mimo swojej głupoty przynajmniej nie raziła po oczach niedopracowaniem. Nawet makabryczne momenty potrafiły nieco zszokować. Szkoda tylko, że nie przyłożono się do postaci Ryuka, który został całkiem nieźle odwzorowany, ale nie było możliwości, aby zapomnieć, że to jednak facet w kostiumie na Halloween, a nie stwór z innego wymiaru. Gdyby popracowano nad oświetleniem i plastyką twarzy na pewno film nabrałby prawdziwie horrorowatego klimatu, gdzie do głosu dochodzą mroczne, nadprzyrodzone siły.

Jedynym plusem „Death Note” wydaje się dynamiczne tempo akcji, którego co prawda jedynym zadaniem jest odciąganie uwagi od niedoskonałości filmu, ale przynajmniej szybciej mija czas podczas oglądania tego całego cyrku. I tutaj nachodzi pewna refleksja czy nie lepiej by było gdyby zamiast pełnometrażowej produkcji powstał serial telewizyjny. Na pewno aktorzy mieliby więcej czasu, aby wykreować swoje postacie, a na drugi plan zeszłaby kwestia whitewashingu (albo raczej blackwashingu?). Zresztą nawet gdyby tutaj Azjaci zagrali to nie zrobiłoby to żadnej różnicy. W dużej mierze zawinił scenariusz pełen logicznych dziur, które w wypadku serialu można by było wyeliminować, gdyby dano szansę na rozwinięcie ciekawej i bardziej złożonej historii. Wtedy „Death Note” potrafiłby wciągnąć na kilka godzin, zaangażować emocjonalnie (choćby rozwijając sprawę matki Lighta) tak jak to było w przypadku anime, które też przecież nie ustrzegło się słabszych momentów.

Niestety kultowy „Death Note” nie doczekał się udanej amerykańskiej adaptacji live action. Niedbałość twórców i ich brak poważniejszego podejścia do tej historii, która zaczęła niepokojąco przypominać atmosferę z filmu „Oszukać przeznaczenie”, spowodował porażającą i zasłużoną krytykę widzów. Kolejna próba przeniesienia japońskiego anime na ekran telewizora znowu zakończyła się porażką (powiedzmy, że „Ghost in The Shell” jest do zniesienia) i aż trudno uwierzyć, jak w Hollywood nie potrafią uczyć się na własnych błędach. Albo po prostu nie chcą, bo kto bogatemu zabroni? Szkoda tylko fanów, którym chyba, jako jedynym zawsze zależy, aby ich ulubiona historia doczekała się wysokiej jakości ekranizacji. Może następnym razem się uda, bo przecież jak śpiewał Kazik – los się musi odmienić.

Źródło zdjęć: filmweb.pl

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.