Recenzja: The Walking Dead #171 (Żywe Trupy)

Nowy zeszyt „The Walking Dead” w pełni skupił się na podróży Michonne, Eugene’a i reszty ekipy z Alexandrii, co pozwoliło na wprowadzenie do historii nowej, wyjątkowo specyficznej postaci, która intryguje swoim zakręconym zachowaniem, barwnym wyglądem i dziwnym poczuciem humoru. Panie i Panowie – poznajcie Princess! Nie można tego przegapić!

Gdy została ujawniona okładka do 171. rozdziału parę miesięcy temu wzbudziła ona duże zainteresowanie wśród fanów komiksu. Nowa kobieca postać o przedziwnym wyglądzie z fioletowymi, natapirowanymi włosami, w różowej pierzastej kurteczce i okularach, niczym gwiazda cukierkowych filmów lat 80-tych lub członkini glam metalowego zespołu, to coś czego dotąd jeszcze nie oglądaliśmy w „The Walking Dead”. A przecież mieliśmy już Ezekiela i jego tygrysa, co kiedyś wydawało się szalonym pomysłem. Teraz mamy Juanitę Sanchez uzbrojoną w karabin, która może być zapowiedzią poznania kolejnej społeczności, a już na pewno gwarancją nowych kłopotów dla Alexandryjczyków. 

Ale zanim jeszcze nasi podróżnicy spotkali naszą niespodziewaną bohaterkę trzeba było dokończyć wątek sprzed miesiąca, gdzie akcja urwała się na wyznaniu Siddiqa, że kochał Rositę i to z wzajemnością. Trudno ustalić jak jest prawda w tym całym zamieszaniu, bo słusznie przypomniano nam, że ta zmarła postać twierdziła zgoła co innego. A to czyni Eugene’a jeszcze bardziej tragicznym bohaterem, bo widząc bardzo poruszonego Siddiqa, którego zżera smutek i rozpacz, to raczej jego wersja wydarzeń jest prawdziwa, a Rosita chciała oszczędzić mu cierpienia. W każdym razie Porter wykazała się niezwykłą dojrzałością i spokojem, nie wyjawił załamanemu koledze, co on usłyszał. Obaj są w żałobie po stracie ukochanej osoby i faktycznie te emocje się wręcz przedzierały z kart komiksu. W poprzednich zeszytach przeżywaliśmy śmierć Andrei, a teraz przypomniano nam o strasznym losie, jaki spotkał Rositę. Twórcy chyba lubią rozdrapywać stare rany i trochę powzruszać swoich czytelników. Ważne, że robią to całkiem skutecznie. 

Ale wróćmy do gwiazdy nowego rozdziału, czyli Princess, która pojawiła się po bardzo ładnie i z dbałością narysowanym panelu z Michonne. Wejście miała imponujące, nie tylko dzięki zaskoczeniu naszej ekipy, ale jej również poświęcono całą stronę, aby dobrze przyjrzeć się tej wyróżniającej się postaci. Jej luzackie i zawadiackie „’sup?” właściwie mówi wszystko o jej pokręconym charakterze, a kolejne strony tylko to potwierdzały. Jak na osobę, która rzekomo spędziła rok w samotności, to okazała się bardzo gadatliwą, bystrą (komentarz o płci i kolorach skóry ekipy) i pogodną postacią, co w czasach apokalipsy zombie, jest co najmniej podejrzanym zachowaniem. Co ciekawe bardzo w tym wszystkim przypomina Negana z tym nieschodzącym z twarzy uśmiechem i pod pewnymi względami trzeźwym myśleniem. Tylko z tą różnicą, że Juanita nie przeklina i potrafi być naprawdę… urocza. Czy to gra pozorów czy taka jest naprawdę? Po jednym rozdziale nie da się jeszcze rozstrzygnąć.

Z jednej strony Princess nie da się nie lubić, ale z drugiej niepokoi jej lekko zwariowana postawa. Co najmniej dwa panele ukazują ją, jako nieco szurniętą postać, która chce szybko zyskać zaufanie Michonne i pozostałych. Sama zastanawia się czy nie ma halucynacji, a potem nagle wystrzeliwuje grupkę szwendaczy. Ciarki przechodziły po plecach, jak sobie zażartowała z ekipy, że poprowadziła ich w pułapkę. Ale czy na pewno to był nieśmieszny dowcip z jej strony? Przekonamy się w następnym rozdziale, ale pewne jest to, że napięcie i emocje sięgają zenitu, ponieważ kompletnie nie wiemy z kim mamy do czynienia. Ta niewiadoma najbardziej ekscytuje.

Bardzo dobrze, że nowy rozdział skoncentrował się tylko na wydarzeniach rozgrywających się w wymarłym Pittsburghu, ponieważ nic nie odciągało uwagi od tej niezwykłej postaci, jaką jest Princess, która wprowadza dużo świeżości do fabuły komiksu. Część fanów może uważać jej pojawienie się za naciągane i wymuszone, a nawet zahacza o fanfiction, ale ja tak tego nie odczuwam. „The Walking Dead” zawsze potrafiło zaskoczyć czymś niecodziennym, często mocno oderwanym od rzeczywistości (nie żeby zombie nie było), ale ostatecznie takie szalone pomysły znajdywały uznanie wśród czytelników. Nie wspominając już, że jest to w stylu Kirkmana. Najważniejsze, że postać wzbudziła ciekawość, a niektórych rozbawiła. I niewątpliwie skrywa jakąś mroczną tajemnicę, którą może odkryjemy już za miesiąc!

Źródło zdjęć: imagecomics.com

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.