Przystanek Woodstock 2015 [relacja sprzed ekranu, część 1]

BreakingStory #60

PRZYSTANEK WOODSTOCK 2015, część 1.

I w tym roku nie udało mi się pojechać na Przystanek Woodstock do Kostrzyna nad Odrą. Znowu zadecydowały względy finansowe, a także tegoroczny skład muzyczny, który nie spowodował u mnie wyrzutów sumienia, że ich nie zobaczę. Teraz mam trochę inne zdanie na ten temat.

Na szczęście z pomocą Internetu i kanału Kreciola TV na youtube, mogłam pooglądać i posłuchać kilku koncertów, z których odbywała się transmisja na żywo. Łączyłam się, zatem duchowo z Woodstockiem. Jasne, że to nie to samo, co być na miejscu, ale jakaś cząstka tej wspanialej woodstockowej atmosfery przeniknęła przez łącza internetowe i mnie też się udzieliła.

Przed koncertami skroiłam sobie Line-up, który mnie interesował. Zaznaczyłam sobie przy tym kilka występów, które nie miały być transmitowane, ale mając już doświadczenie sprzed roku wiedziałam, że w ostatniej chwili zespoły mogą zgodzić się na stream w Internecie. Tak było właśnie z Accept w 2014 roku. Więc i tu liczyłam na dobry humor wykonawców albo menadżerów zespołów. I rzeczywiście tak się stało, za co jestem ogromnie wdzięczna!

Poza koncertami można było także obejrzeć rozmowy na ASP (Akademia Sztuk Przepięknych), które również mnie zainteresowały. W tamtym roku nie obejrzałam żadnej (nawet nie jestem pewna czy była taka możliwość… miałam wtedy problemy techniczne z Internetem), a słyszałam, że są prowadzone w wyjątkowej atmosferze i mnóstwo ludzi przychodzi posłuchać, co mają do powiedzenia zaproszeni goście. I tutaj również się nie zawiodłam (prawie) – te rozmowy okazały się równie ciekawe, co same koncerty!

Mimo, że nie uczestniczyłam fizycznie na koncertach i ASP na Przystanku Woodstock, czuję się jakbym i tak brałam w nim udział. Więc postanowiłam napisać relację. Będzie ona nietypowa, trochę inna niż taka, którą się pisze prosto z płyty z głową pełną emocji. Ale z drugiej strony może być równie interesująca, bo będzie na pewno bardziej obiektywna i szczegółowa. Ale i tak będzie w niej trochę prywaty. No to jedziemy!

  Czytaj dalej

Koncertowe podsumowanie ro(c)ku 2014!

BreakinYear2014

Koncertowe podsumowanie ro(c)ku 2014! (chociaż nie wiem czy bardziej by nie pasowało „metalu”…)

W 2014 roku byłam na wielu koncertach, więc postanowiłam wybrać te najlepsze. Co to były za występy… niezapomniane, fantastyczne, nierealne! Oto dziesiątką koncertów 2014 roku!

10. Proletaryat – 06.06.2014r., Dni Sosnowca.

Ciepło wspominam ten koncert… nie tylko dlatego, że było wtedy po prostu gorąco. Ludzi było mało, tylko wtajemniczeni. A mimo to młodzież bawiła się w mini pogo, do którego dołączały sporadycznie inne osoby. A panowie z Proletaryatu nie odpuścili i dali bardzo fajny koncert. Pozytywnie wbił mi się w pamięć, dlatego w tym zestawieniu musiał się pojawić.

[RELACJA]

9. WinterFest –  15.11.2014, Skindred, Klub Studio, Kraków.

Tak nisko, bo było haniebnie mało ludzi. Ale za to na Skindredzie była super zabawa, można było poszaleć!

[RELACJA]

8. Chemia/OCN – 28.03.2014r., 2doors, Sosnowiec.

Również mało ludzi, nawet jak na tak miniaturowy klub jakim jest 2doors. Ale niespodziewanie panowie z Chemii rozkręcili z tej małej grupki ludzi fajną zabawę. A więc jak się chce i potrafi się to można ruszyć ludzi do pogo, nawet panią w szpilkach ;)

[RELACJA]

7. Deep Purple – 15.02.2014r., Spodek, Katowice.

Tym razem, dla odmiany w tym zestawieniu – Spodek był pełen ludzi. Dzień, w którym Kamil Stoch i Zbigniew Bródka zdobyli złote medale olimpijskie. Trochę szkoda, że siedziałam na trybunach, ale mimo to było bardzo fajnie, a uśmiech nie schodził mi z ust. Może nie poszalałam na tym koncercie ale i tak dobrze się bawiłam!

[RELACJA]

6. Avenged Sevenfold – 04.06.2014r., Atlas Arena, Łódź.

Gdyby nie ogromne rozczarowanie tak małą ilością ludzi w Atlas Arenie – koncert byłby zdecydowanie wyżej. Świetna zabawa, pogo, klaskanie, śpiewanie – wszystko co najlepsze było – poza ludźmi.

[RELACJA]

5. Hunter/Coma – 21-22.03.2014r., CK Wiatrak, Zabrze.

Dwa dni pod rząd w CK Wiatrak na koncertach. Wyszalałam się za wszystkie czasy, a koncert Huntera plasuje się na szczycie najdzikszych koncertów, na których byłam. Niby „to co się działo w klubie, zostaje w klubie” ale tym razem zastosowałam wyjątek ;)

[RELACJA cz.1]

[RELACJA cz.2]

Czytaj dalej

Hunter in Coma, cz.2

BreakingStory #17

„Hunter in Coma, cz.2″

22.03.2014 r. Hunter (Support: Ziemia Zakazana, Eier)

Wyznam szczerze – to był mój pierwszy prawdziwy metalowy koncert w życiu. To znaczy ten z Underground 2 w Tychach (Ziemia Zakazana & Hunter) to raczej była rozgrzewka do tego co naprawdę dzieje się na klubówkach. Było po prostu ZA-O-STRO! Chociaż tu bardziej pasuje słowo zajeb…ście!

Oczywiście wszyscy w glanach (no prawie) i wszyscy na czarno (też prawie). Przegląd koszulek imponujący: od Huntera po Metallikę, Iron Maiden, Comę (nie tylko ja widać zrobiłam sobie festiwal), Godsmack, Slayer (ale tylko jedna!), katanki z Judas Priest i System of a down. Ja zaliczałam się do tych ostatnich, chociaż myślałam o Iron Maiden, a niestety nie jestem w posiadaniu koszulki Huntera.   

Czytaj dalej

Hunter in Coma, cz.1

BreakingStory #16

„Hunter in Coma cz.1”

Wyznaję zasadę, że to co się działo w klubie zostaje w klubie… ale tym razem wyjątkowo napiszę o moim prywatnym mini-festiwalu w CK Wiatrak w Zabrzu. Tak jakoś się złożyło, że dzień po dniu 21-22 marzec) do Zabrza zjechały moje dwa ulubione polskie zespoły: Coma i Hunter. Trudny to był wybór aby zdecydować na kogo chcę bardziej iść… więc – tradycyjnie kiedy nie jestem w stanie wybrać – poszłam na oba koncerty ryzykując siniaki, pęcherze i utratę słuchu. Od razu powiem, że poza jednym siniaczkiem nie doznałam żadnych obrażeń. Dziwne…

Po raz pierwszy miałam okazję bawić się w CK Wiatrak w Zabrzu. Nawet nie trudno było dojechać – ale zawsze to jest przykre kiedy jedzie się autem i nie można się napić… a przecież to jest niesamowicie ważne nawodnić się przed skakaniem, darciem ryja (no przecież nie nazwę tego śpiewaniem, co nie?) i pogo-pogo-pogo. Byłam już w kilku klubach, mi.in. w Proximie w Warszawie, Mega Clubie w Katowicach, Underground 2 w Tychach (tam straciłam słuch na Hunterze!) czy 2doors w Sosnowcu… ale CK Wiatrak to zdecydowanie najfajniejszy klub w jakim byłam! Spora scena na lekkim podwyższeniu, miejsce na fosę, kształt sali prostokątny, podłoże drewniane. Jedynie można się doczepić do umiejscowienia szatni, do której trzeba przejść przez środek „płyty”, ale to taki drobny mankament, kto by się przejmował. Jeszcze wspomnę o doskonałym nagłośnieniu. Po raz pierwszy nie mogę do niczego się doczepić, nawet słowa powiedzieć, że czegoś lub kogoś nie słyszałam, wszystko było idealnie. Zazdroszczę Zabrzu takiego fajnego klubu! Zatem przejdźmy do koncertów.

  Czytaj dalej

Breaking Symphony

BreakingStory #6

W związku z tym, że jutro jadę na symfoniczny koncert Serj Tankiana, postanowiłam przyglądnąć się tematowi koncertów rockowo-symfonicznych.

Myślę, że sama moda (tak już to można określić) na koncerty z orkiestrą symfoniczną wzięła się od Metalliki. Co prawda nie byli pierwszymi, którzy zdecydowali się na taki zabieg urozmaicenia występu (Deep Purple 1969 – Concerto for Group and Orchestra), ale na pewno pokazali, że można zrobić to na wielką skalę. Hah, a jakże! S&M – moim zdaniem to najlepszy koncert w wersji symfoniczno-metalowej w historii muzyki.

Koncert symfoniczny to jednak wielkie przedsięwzięcie, w odróżnieniu od (MTV) Unplugged (czyli akustycznie). Trzeba go rozpisać na ponad osiemdziesięciu muzyków (jak zespół stać na taką liczbę, bo można oszczędniej) z instrumentami, a przede wszystkim – musi to pasować do utworów. A tu już się stąpa po cienkim lodzie – można łatwo przesadzić z nieodpowiednim doborem instrumentów lub ze zbyt dużą ilością dźwięków. Ale z drugiej strony kiedy wszystko gra, można z piosenki wydobyć niesamowitą głębię lub spotęgować elektryczne instrumenty (tu gitary, ale też perkusji można co nieco dodać), a także trochę zmienić przekaz na bardziej wesoły lub ponury. Nie tak jak akustycznie, gdzie raczej chodzi o skupienie się na wokaliście, a o dodanie mocy i dramaturgii orkiestrą. Tak aby ze zwykłej-niezwykłej piosenki wyszedł utwór epicki, poruszający, sięgający do zakamarków ludzkiej duszy, przenosząc nas do jeszcze piękniejszego świata muzyki… ahhh cóż za poezja wkrada się w me skromne słowa tekstu na bloga… hahah ;)

Metallica S&M

Mistrzostwo, legenda. Doskonałe połączenie orkiestry z heavy metalem. Kronikarski obowiązek: koncert zarejestrowano 21-22 kwietnia 1999 roku w The Berkeley Community Theatre z udziałem orkiestry The San Francisco Symphony pod batutą Michaela Kamena. Szmat czasu ale wciąż ogląda się ten występ z ogromną przyjemnością. I z szerokim uśmiechem, no bo jak to panowie z Metalliki elegancko ubrani, w koszulach (jak to powiedział James: nasi rodzice na pewno są z nas dumni), włoski zaczesane… no i jeszcze z Jason’em Newstedem („Got any wolves out there?! Ouuuuu!”) . Świetnie się prezentowali na tle orkiestry (i wśród niej).

Niech o wspaniałości tego show świadczy moja historia piosenki Master of Puppets. Słyszałam ją parę razy w wersji studyjnej ale nigdy mi jakoś nie podchodziła (chyba  chodzi o to garażowe, surowe brzmienie). A wiadomo, że to klasyka Metalliki. Ale kiedy usłyszałam wersję symfoniczną… zakochałam się! Tylko tą wersję słucham, ewentualnie inne lajfy, ale uważam, że ta wersja to po prostu dzieło sztuki! I o to właśnie chodzi w symfonicznych koncertach – ma być moc i epickość! To samo z Nothing Else Matters – niesamowitą głębię otrzymała ta piosenka, dzięki fletom i smyczkom w tle. A myślałby kto, że ideału nie da się ulepszyć. Niezłego kopa serwuje For Whom the Bell Tolls i One. Za to Fuel zyskuje drugie życie – niezwykłe połączenie żywiołowości orkiestrowej i heavy metalu. Długi czas mi się nie podobała ta wersja Fuel, ale widać do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć. Szczególnie do takich pozycji muzycznych, gdzie dopiero po jakimś czasie docenia się barwność utworów.


Coma Symfonicznie

Coma Symfonicznie – jedna z trzech płyt (wraz z Don’t set… i Live), której nie posiadam w swojej dyskografii Comy. Why? Why, why, why! No cóż – jak już wyżej pisałam – do pewnych rzeczy trzeba dorosnąć, a ja do Symfonicznej Comy jeszcze nie dorosłam. Albo rzeczywiście nie jest aż tak dobra jakby mogła być…

Kronikarsko: 13 utworów w wersji rockowo-symfonicznej zostało zarejestrowanych podczas koncertu 23 czerwca 2009 roku na Targu Węglowym w Gdańsku. Comie towarzyszyła orkiestra Symfoników Gdańskich. No nie ma szału. Symfoniczne wersje piosenek nie zyskują nowego życia. Co gorsza – Piotr Rogucki swoją dziwną manierą głosową, którą świrował w tamtym czasie (mruczy coś przez zęby jakby miał zaparcie) – strasznie psuje cały efekt epickości jaki można było osiągnąć. Na szczęście już tak nie robi ale to od razu pociągnął całe przedsięwzięcie w dół, ponieważ zamiast skupiać się na słowach, szukałam przyjemności w orkiestrze… i tu też nie było dobrze. Wydaje mi się, że muzyka dla orkiestry była trochę na kolanie pisana – ktoś miał pomysł, ‘zróbmy piosenki symfonicznie! Jak Metallica!’, ale odpowiedniego człowieka z wizją to już nie zatrudnili. Te słowa goryczy biorą się z tego, że ktoś skopał moją ukochaną Ostrość na Nieskończoność – flety w końcowej części utworu zdecydowanie popsuły efekt mroczności tego fragmentu, zamiast tego czuję się jak na jakiejś łące… mam nadzieję tylko, że taki był cel – ale ja go nie kupuję i nie podoba mi się. Prawdę powiedziawszy chyba tylko do tego utworu mogę się przyczepić i potępić. Reszta piosenek albo nie zrobiła na mnie wrażenia albo całkiem mi się spodobała. Bo przecież cała płyta nie mogła być kiepska. Świetnie się słucha Transfuzji – te puzony i trąbki – no o to właśnie chodzi! Jest moc! Wyróżniłabym jeszcze Trujące rośliny i Zamęt. Szczególnie ten ostatni utwór – jakoś zawsze mijałam go z obojętnością, a tutaj wpadł mi w ucho.

Podsumowując mój wywód o Symfonicznej Comie – uważam, że można było się bardziej postarać. W sumie jest to ciekawa pozycja do posłuchania, ale nieobowiązkowa. Fajnie, że zdecydowali się na odmianę, na coś nowego. Uważam, że jeżeli chodzi o muzykę to zawsze warto nagrać coś nowego, innego  – choćby po to aby odświeżyć swój repertuar i zaczerpnąć nowych inspiracji. Przecież po Symfonicznej Comie wyszedł doskonały „czerwony” album (no Excess też ale tego nie liczę). Więc warto!

PS. Clip promujący album… ale obrazki nie mamy z Gdańska, a z Parku Sowińskiego z Warszawy… jeżeli dobrze rozumiem to trochę tak po niemiecku zrobili – muzyka pochodzi z CD ale koncert zupełnie inny… aj tam – Metallica nie jest lepsza (patrz S &M i Through the Never), to się Comy będziemy czepiać :P

Serj Tankian – Elect the Dead Symphony

Serj Tankian – człowiek orkiestra! Jak nie metal z systemem to pisze wiersze, robi solowe rockowe projekty, bawi się muzyką elektroniczną, jazzową i pisze symfonie… co prawda symfoniczne Elect the Dead nie on napisał, a John Psathas, ale jest czego posłuchać.

Serj Tankian zamiast dokładać orkiestrę do swoich utworów z pierwszej solowej płyty Elect the Dead – jak to zrobili poprzednicy powyżej – zdecydował się za namową Psathasa aby piosenki całkowicie przerobić w wersje symfoniczne. I to był świetny ruch, ponieważ chyba zbyt dużo by się działo w tych piosenkach jeżeli miałaby się tam pojawić jeszcze orkiestra, a tak dostaliśmy self-coverową ucztę.

Pamiętam jeszcze jak ponad 3 lata temu czekałam aż w Internecie pojawią się te symfoniczne wersje Elect the Dead. Trochę nie byłam przekonana co z tego może wyjść i czy to będzie na zasadzie akustycznych wersji piosenek. W sensie, że jak symfonicznie to wolniej i bez ognia. Przecież Serj w Elect… wyrzuca z siebie tyle sprzeciwu wobec kapitalizmu (tak to nazwijmy ogólnikowo,) nie szczędząc ostrych dźwięków. No cóż… nie pomyliłam się, że było trochę wolniej… ale ogień zamienił się w ocean, który pochłania z siłą tsunami! Chropowata brutalność została zastąpiona subtelną siłą orkiestry i operowym (!) głosem Serj Tankiana! I to się tyczy każdej piosenki, od Feed Us (chyba nawet lepsze od oryginału), Sky is Over, Lie Lie Lie, Beethoven’s C**t po Baby. Epickość bije po uszach! Już nie wspomnę o przygnębiającym Elect the Dead, po którym wysłuchaniu wpada się w depresję – zapierający dech w piersiach utwór. Po prostu mistrzostwo świata!

Elect the dead Symphony to doskonały album, który został nagrany za jednym razem 16 marca 2009 roku w Auckland Town Hall z The Auckland Philharmonia Orchestra. Serj Tankian to geniusz! Nie muszę już nic dodawać.

Wypatrujcie wpisu z koncertu Serja ;)