Koncertowe podsumowanie 2016 roku!

2016 roku był dla mnie bardzo intensywny pod względem uczestnictwa w koncertach, bo po prostu też było to częścią mojej pracy. Miałam okazję zobaczyć na żywo, po raz kolejny, moje ulubiony zespoły, ale także brałam udział w doskonałych występach grup, które mniej znałam, ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Zestawienie obejmuje niemal wszystkie koncerty, na których byłam w tym roku. Kolejność wynika z moich odczuć: jak dobry był koncert, jak sprawowało się nagłośnienie, jak ludzie się angażowali się w gig oraz czy ja sama się dobrze bawiłam. Koncert to emocje, więc i moja ocena jest subiektywna. Powspominajmy wspólnie ten jakże obfity we wspaniałe występy 2016 rok! Zaczynamy!

Czytaj dalej

Jarocin Festiwal 2016 (relacja)

Pierwszy prawdziwy 3-dniowy festiwal w życiu i od razu legendarny Jarocin! Oczywiście atmosfera najstarszego festiwalu w Polsce całkowicie się zmieniła. Teraz Jarocin poszedł w bardziej komercyjną stronę, stawiając na światowe gwiazdy uzupełnione polskimi zespołami. Na ile udało się zachować klimat dawnych czasów, opowiem w mojej relacji z tego wydarzenia.

20160708_180602

Czytaj dalej

Relacja: Jarocin Festiwal 2016

Tegoroczna edycja Jarocin Festiwal może nie zachwyciła pod względem frekwencji publiczności, ale na pewno można ją zaliczyć do jednej z najlepszych pod względem składu, gdzie zagrały gwiazdy światowego formatu takie jak Slayer, The Prodigy oraz Five Finger Death Punch.

DZIEŃ PIERWSZY (07.07)

W tym roku jeden z najbardziej zasłużonych festiwali w Polsce zainaugurował zespół Kabanos, jakże festiwalową piosenką „Mamo, jest mi tu dobrze”. Pod dużą sceną zdołał się zgromadzić pokaźny tłum fanów, którzy na dźwięk kolejnych piosenek takich jak „Balony”, „Buraki” czy „Grubas gruby (oj tam, oj tam)” rozszaleli się tak, że kurz unosił się wysoko nad głowami bawiących się ludzi. Jednak wokalista, któremu wciąż było mało, podchodząc do barierek, wzbudził powszechny entuzjazm i jeszcze bardziej rozruszał towarzystwo. Usłyszeliśmy jeszcze utwory „Moja piosenka (laszuraburej i laszuraba)”, „Ptaszek”, a na koniec obowiązkowe, słynne „Klocki”.

Kabanos znakomicie otworzył tegoroczny Jarocin Festiwal, ale kolejny polski zespół nie pozostał daleko w tyle. Luxtorpeda rozpoczęli od razu od swojego największego hitu – „Autystyczny”. Jednak później popularny „Litza” (Robert Friedrich) i spółka postawili na utwory pochodzące z ich najnowszej płyty „MYWASWYNAS”. Można było wyczuć, że świeży repertuar bardziej emocjonował wiernych fanów grupy, niż część publiczności, która jeszcze nie zdążyła zapoznać się z nowym materiałem. Mimo to, zabawa na scenie (Litza z Robertem Drężkiem grali wzajemnie sobie na gitarach) jak i pod nią wciąż trwała w najlepsze, choć porównując ze sobą pierwszych jarocińskich wykonawców, lepsze wrażenie pozostawił jednak Kabanos.

O 20.00 na Głównej Scenie zobaczyliśmy zespół Red Electrick. Pochodząca z Malty grupa zagrała pobudzający, skoczny rock, który mimo, że zgromadził skromną liczbę publiczności, znalazł swoich amatorów, zarówno małych, jak i dużych. Usłyszeliśmy ich najpopularniejsze piosenki takie jak „The Runaway”, „Who the Heck is Rek?!” oraz „Inside You”. Również ciekawie zabrzmiał cover słynnego utworu „Personal Jesus” grupy Depeche Mode. Sympatyczni muzycy z Red Electrick zagrali dobry koncert, który mimo wszystko, zapamiętamy pozytywnie.

Przed główną gwiazdą wieczoru wystąpił zespół Oberschlesien, który bardzo skutecznie rozgrzał jarocińską publiczność, nie tylko za sprawą swojego industrialnego metalu wzorowanego na stylu niemieckiego Rammstein, ale również dzięki ognistym efektom pirotechnicznym. Nie raz fani głośno skandowali nazwę grupy, która zagrała m.in. utwory „Samotny”, „Król Olch” czy „Jo Chca”. Ciężkie brzmienia Ślązaków rozkręciły pod sceną dzikie pogo, które po raz kolejny podniosło kurz w powietrze, co można uznać za potwierdzenie znakomitego show, jakie zaserwował Oberschlesien.

Największy tłum podczas pierwszego dnia festiwalu w Jarocinie zgromadził amerykański zespół Five Finger Death Punch. Nie ma co się dziwić, skoro ich ostatni krążek „Got Your Six” osiągnął drugą pozycję na liście Billboard 200, grupa zyskuje coraz większą popularność, a ich każdy koncert to żywioł i brawura pobudzająca publikę do wspólnej zabawy. I nie inaczej było na polu festiwalowym w Jarocinie, gdzie fani poszli w szalone pogo, a unoszący się kurz ograniczył widoczność sceny niemal do zera, dzięki czemu utwór „Hard to See” nabrał nowego znaczenia.

Podczas koncertu usłyszeliśmy oszałamiający cover „Bad Company”, znacznie lepiej brzmiące na żywo niż w wersji studyjnej „Jekyll and Hyde” oraz ogniste „Burn MF”. Z kolei „Wrong Side of Heaven”, mimo drobnych problemów technicznych z gitarą akustyczną, zabrzmiało bardzo emocjonalnie, podobnie zresztą jak „Coming Down”.

Miłym akcentem ze strony Ivana Moody’ego było zaproszenie na scenę rodziców ze swoimi dziećmi, którzy przez cały koncert w wielkich emocjach obserwowali z bliska fruwające w powietrzu dredy Zoltana Bathory’ego oraz te na brodzie Chrisa Kaela. Wrażenie też mogła zrobić mieniąca się kolorami gitara Jasona Hooka, który serwował znakomite solówki. Nie można też zapomnieć o szalejącym za perkusją Jeremym Spencerze ucharakteryzowanym na kościotrupa. Ten kapitalny koncert zakończył się żywiołowymi kawałkami „Under and Over It” i „The Bleeding”, gdzie w górę powędrowały zapalniczki. Godzinny występ na pewno na długo zostanie zapamiętany przez fanów zespołu.

Mimo późnej pory (około godziny 1. w nocy) pod jarocińską sceną pojawiły się tłumy ludzi, wcale nie mniejsze niż podczas koncertu Five Finger Death Punch, którzy przybyli posłuchać zespołu TSA. Legendarna grupa, która stawiał pierwsze muzyczne kroki właśnie w Jarocinie, zagrała swoje największe przeboje na czele z „Trzy Zapałki” oraz „Proceder”. Niesamowicie zabrzmiał „51”, gdzie Andrzej Nowak zagrał przeszywające solo, a Marek Piekarczyk zaśpiewał niebywale emocjonalnie, prosto z serca. Wokalista zrobił wielkie wrażenie swoim mocnym głosem oraz zaangażowaniem w wykonywanie utworów, a sam zespół oczarował publiczność swoim koncertem, który skończył się dobrze po drugiej w nocy.

Dalszy ciąg na kolejnej stronie!!

Kardiologiczne piosenki na Walentynki!

BreakingTheme #26

Dziś są Walentynki, więc z tej okazji królują dzisiaj piosenki kardiologiczne. Ale jest tyle utworów o miłości, i to naprawdę pięknych, że aż nie wiadomo, co wyróżnić. Więc postanowiłam podejść do tematu dosłownie i wybrać kilka numerów związanych z… sercem. Słowem-kluczem na dziś jest „Heart”, „Herz” i „Serce”, które zasypują Internety, że aż rzygać się chce. Dlatego zaczniemy rebeliancko od Rammstein.

Rammstein – Mein Herz Brennt

“Mein Herz Brennt” w wykonaniu niemieckich najeźdźców to potężny cios prosto w serce! Rozpalają do czerwoności… uczucia. Tych płomiennych emocji nie wytrzymał budynek na końcu teledysku. Tak jak Till, który postanowił nas obdarować jeszcze cieplutkim, bijącym kawałkiem swojego serca, przy okazji nawiązując do „Gry o Tron” (kto jeszcze pamięta pierwsze sezon?).

Czytaj dalej

Albumowy zawrót głowy 2015 roku

BreakingYear #16 BreakingCD #34

Próbując stworzyć listę albumów podsumowujących 2015 rok przekonałam się, że nie ma w tym wypadku mowy o obiektywizmie. Po pierwsze, dlatego, że słucham zbyt różnorodnej muzyki i nie ma sensu porównywać power metalu z hard rockiem. Po drugie w tym roku kilka moich ulubionych zespołów wydało nowe płyty i automatycznie winduje je wysoko w zestawieniu. I cóż z tego, że ja słyszę, że jakaś płyta jest naprawdę dobra i porywająca, kiedy serce mówi, co innego. Więc tegoroczne zestawienie albumów jest jak najbardziej subiektywne.

Ponadto postanowiłam ograniczyć się do najlepszej dziesiątki 2015 roku. Jednak kilka płyt zapisało się w mojej pamięci zarówno pozytywnie, jak i negatywnie i o nich też wspominam, ale dopiero po wyłonieniu zwycięzcy zestawienia. Nazwijmy to takim uzupełnieniem całości. Zaczynamy!

Płytowe podsumowanie 2015 roku:

10. Kabanos – Balonowy Album

Dziesiątkę otwiera moja tegoroczna muzyczna nowość, czyli Kabanos. „Balonowy Album” emanuje pozytywną energią, pokręconymi tekstami, radosną atmosferą i wpadającymi w ucho riffami a’la System of a Down. Fascynuje ta lekkość i swoboda albumu. Woodstockowe „Mamo, jest mi tu dobrze”, „Balony” czy „Wyspa wygłupów” oraz pozostałe kawałki szybko się wkręcają, a cały album nawet po jakimś czasie się nie nudzi.

Czytaj dalej