„Siódmy syn” – książka kontra heavy metal

BreakingStory #52

W 2012 roku Iron Maiden wyruszyli w trasę koncertową „Maiden England World Tour” po całym świecie, aby uczcić 25-lecie wydania jednej z najlepszych swoich płyt “Seventh Son of the Seventh Son”. Mamy już 2015 rok, więc czemu chcę pisać o tym albumie? Niedawno z ciekawości sięgnęłam po książkę Orsona Scotta Carda „Siódmy syn”, na której krążek jest oparty. Chciałam się przekonać jak wiele z powieści jest na albumie i jak Ironi radzą sobie z interpretacją dzieł literackich. A mówiąc ściślej – bo jak wiemy nie pierwszy raz inspirowali się literaturą czy filmami – ocenić czy rzeczywiście są tak dobrzy mając porównanie i własną perspektywę.

„Siódmy syn” to pierwsza książka z cyklu „Opowieści o Alvinie Stwórcy” Orsona Scotta Carda (i tylko na niej opiera się album). Wydarzenia rozgrywają się w alternatywnej Ameryce w czasach wojny secesyjnej. Opowiada o chłopcu o imieniu Alvin, który jest siódmym synem siódmego syna i posiada niezwykłe zdolności stwórcze. Z powodu tych umiejętności złe siły starają się dopaść siódmego syna, przez co on i jego rodzina są oskarżani o czarownictwo przez miejscowego pastora.

W tradycjach ludowych wierzyło się, że siódmy syn siódmego syna jest obdarzony niezwykłymi mocami. Książka jest zderzeniem nauki i magii, jest konfrontacją wierzeń ludowych i religii chrześcijańskiej. Dla wrażliwych wierzących „Siódmy syn” będzie bardzo kontrowersyjny, ponieważ pokazuje chrześcijan w mało pozytywnym świetlne, jako ludzi ślepych na prawdziwe zło, które nimi manipuluje. I pewnie dlatego Steve’owi Harrisowi oraz Bruce’owi Dickinsonowi bardzo podobała się ta książka i postanowili wykorzystać jej elementy. Trzeba od razu uczciwie powiedzieć, że powieść stanowi bardziej inspirację niż próbę przeobrażenia fabuły w muzykę.

„Seventh son…” to, nomen omen, siódma płyta Iron Maiden, ale za to jest pierwszym i jak dotąd ostatnim koncepcyjnym albumem. Wydany w 1988 roku od razu znalazł się na pierwszym miejscu sprzedaży w Wielkiej Brytanii, choć za Oceanem nie radził sobie już aż tak dobrze.

Po niezbyt przychylnie przyjętym albumie „Somewhere In Time”, który został napisany niemal wyłącznie przez Steve’a Harrisa i Adriana Smitha, zespół postanowił wspólnie usiąść nad nową odsłoną Iron Maiden. Pod wpływem książki „Siódmy syn” Harris wkręcił się w tematykę magii, jasnowidztwa, wierzeń ludowych, mistycyzmu i reinkarnacji. W tym czasie Bruce Dickinson wykazywał zainteresowanie dziełami Aleistera Crowley’a (angielski okultysta), więc naturalnie zapalił się do proponowanej przez basistę tematyki. Wspólnymi siłami i pomysłami całego zespołu powstał „Seventh son…”.

Fabuła albumu jest niejasna, pokręcona i pomieszana. Utwory łączy wspólna tematyka: dywagacje nad wizjami proroków, nadprzyrodzone siły i przemyślenia z pogranicza parapsychologii. Inspiracji na poszczególne numery jest kilka, ale główne to już wspominany „Siódmy syn” (Seventh Son of the Seventh Son), twórczość Aleistera Crowleya (Moonchild), a także śmierć medium Doris Stokes (pytanie: czy jeżeli znała przyszłość to czy umiała przewidzieć własną śmierć?). Do tego wydarzenia nawiązuje The Clairvoyant. Z kolei The Evil That Men Do to cytat z Szekspira i jego dramatu „Juliusz Cezar”, a Infinite Dreams to efekt koszmarów nawiedzających Harrisa podczas twórczej pracy nad albumem.

Album „Seventh Son…” rzeczywiście jest jednym z najlepszych w dorobku Iron Maiden. Każdy z członków zespołu miał okazję wnieść coś od siebie, przez co płyta zyskała świeżość i lekkość. Sami muzycy wspominali, że byli w świetnych nastrojach i nawet Moonchild udało im się nagrać za jednym razem. I rzeczywiście wyczuwa się tą buzującą kreatywność. Każdy z utworów wyróżnia się swoją wyjątkową energią: od komercyjnego i wkręcającego się Can I play with Madness?, po mroczniejsze The Prophecy i Infinite Deams czy pędzące The Evil That Men Do. Dużo dobrej zabawy niosą The Clairvoyant i Only the Good Die Young. Perełką albumu jest Seventh Son of The Seventh Son, którego porównywanie do epickiego Rime of the Ancient Mariner nie będzie zbrodnią. Kapitalne syntezatory w środkowej części przypominające chór świetnie słucha się na słuchawkach, a całościowo jest niezwykle klimatyczny.

Przy tylu pochwałach należy też wspomnieć o fantastycznej okładce Dereka Riggsa. Zimowy Eddie w stylu Dalego to jedna z najlepszych okładek Maiden w całej dyskografii. Świetnie wpasowuje się w klimat całego albumu, podnosząc jego wartość.

Rocznicowa trasa “Maiden England World Tour” należy do bardzo udanych. Maiden objechali trzy kontynenty, grając trzy razy w Polsce (byłam w Łodzi i Poznaniu), a także na największych metalowych festiwalach. Czekając na nowy album (ma wyjść w tym roku), takie wspominki okazały się strzałem w dziesiątkę, a sami Ironi pokazali, że mają jeszcze mnóstwo energii (szczególnie Bruce), aby dalej nagrywać i koncertować.

Natomiast, jeżeli chodzi o książkę Orsona S. Carda „Siódmy syn” – nie jest to wielkie dzieło, które koniecznie trzeba przeczytać, aby zrozumieć album Maiden. Jednak powieść czyta się bardzo dobrze, jest krótka i wciągająca. Można przeczytać jako ciekawostkę, ale lepiej sięgnąć po ciekawsze serie fantasy – choćby „Koło Czasu” Roberta Jordana. I tutaj porównać sobie Blind Guardian i ich Wheel of Time albo Ride Into Obsession jak wygląda utwór na podstawie wspaniałej powieści.

Playlista „Seventh Son of The Seventh Son”:

1. Moonchild
2. Infinite Dreams
3. Can I play with Madness?
4. The Evil That Men Do
5. Seventh Son Of The Seventh Son
6. The Prophecy
7. The Clairvoyant
8. Only Good Die Young

Epilog: mówi się, że „Seventh son…” był najlepszą płytą nagraną w szczytowej formie Maiden. Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że jest coś w tym stwierdzeniu. Po tej płycie z zespołu odszedł Adrian Smith (nie podobał mu się pomysł koncepcyjnego albumu), którego zastąpił Janick Gers. Cztery lata później Bruce Dickinson opuścił zespół. Obaj powrócili do Maiden na początku XXI wieku.

Przystanek Woodstock od kuchni…

Jakiś czas temu przez przypadek znalazłam na półce w bibliotece książkę o Przystanku Woodstock. Sama nigdy nie byłam (jeszcze!) ale stwierdziłam, że może to być ciekawa lektura, szczególnie, że jest w formie wywiadu z Owsiakiem. Co prawda przeczytałam ją już z miesiąc temu… ale były Mistrzostwa Świata w siatkówce i nie było jakoś czasu aby usiąść i skupić myśli. Ale w końcu napisałam tą recenzję ;)

Jurek Owsiak, Jan Skaradziński, Przystanek Woodstock: Historia Najpiękniejszego Festiwalu Świata, Świat Książki, 2010.

„Moim zdaniem festiwal Woodstock jest dokładną definicją tego czym festiwal powinien być. Ponieważ samo słowo festiwal oznacza dla mnie gromadzenie się różnych form muzycznych – nie tylko metalu nie tylko punk rocka czy hard core’u, ale różnych gatunków, które mieszają się ze sobą. Właśnie tak powinien wyglądać prawdziwy festiwal. Tutaj są niesamowite wibracje i energia. (…) Myślę, że ten festiwal zachowa swojego ducha na zawsze, bo jest darmowy i wiele ludzi przyjeżdża, żeby się po prostu bawić. Nie wiem jak to wyglądało kiedyś, ale dziś, gdy poszedłem wszystko obejrzeć, pomyślałem, że nie ważne jak było w przeszłości, bo dziś jest tutaj tak spokojnie, panuje pokojowa atmosfera, jest po prostu miło i pozytywnie (…).” – powiedział Miland „Mille” Petrozza (Kreator).

„Miłość, Przyjaźń, Muzyka” to motto największego polskiego festiwalu stworzonego przez Jurka Owsiaka i organizowanego przez Fundację Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (z pieniędzy uzyskanych od sponsorów). Przystanek Woodstock od 1995 roku gromadzi setki tysięcy pozytywnych, uśmiechniętych, rozśpiewanych i otwartych ludzi. Festiwal powstał jako alternatywna impreza dla festiwalu w Jarocinie, który mimo, że kreował scenę rockową to miał coraz gorszą renomę (zamieszki w 1994 roku). Przystanek Woodstock przyciąga swoją pokojową atmosferą, różnorodnością muzyczną (od rocka, metalu po reggae, folk, hip hop, nawet muzykę klasyczną i operetki) i tym, że impreza jest darmowa. Doskonale odzwierciedla ideę amerykańskiego Woodstocku.

„Przystanek Woodstock: Historia Najpiękniejszego Festiwalu Świata” to szczery wywiad z Jurkiem Owsiakiem, który przybliża ze swojej perspektywy pierwsze 15 edycji Festiwalu. Bez owijania w bawełnę i koloryzowania opowiada o konfliktach i przeszkodach, które musiał pokonać aby Przystanek miał taką, a nie inną formę. Dużo żalu wylewa na telewizję i prasę, która za mało docenia wkład kulturalny tego festiwalu. Wspomina i ocenia artystów, którzy występowali na dużej i małej scenie przez te wszystkie lata – czasem wypowiada się krytycznie ale najczęściej ciepło i z szacunkiem. Nie brakuje też wątków humorystycznych oraz pozytywnych historii wzajemnej pomocy.

Czytaj dalej