Linkin Park – The Hunting Party (recenzja)

BreakingCD #14

Linkin Park – The Hunting Party

Kolejna recenzja, która leżakowała podczas Mistrzostw Świata w siatkówce…

Zupełnie przez przypadek zainteresowałam się nową pytą Linkin Park. Zobaczyłam w gazecie Teraz Rock!, że The Hunting Party ma 4 gwiazdki, więc przeczytałam recenzję. Z opisu wynikało, że powróciły klimaty z pierwszy dwóch płyt. Więcej nie trzeba było mnie namawiać, abym po latach wróciła do słuchania Linkin Park!

The Hunting Party otwiera utwór Keys to the Kingdom – i to ja rozumiem! Jest energia, jest potężnie (jak na LP) – Chester Bennington wydziera się jak za dawnych dobrych lat, Mike Shinoda rapuje jak kiedyś i czy ja słyszę podwójną stopę? Perkusja z gitarą kotłują się aż miło. Zmiany tempa są fascynujące i jak to u LP – mega dobre. Drugi numer - All For Nothing - kontynuuje dobry początek. Tym razem kawałek rozkręca z bitu Mike, a potem razem z Chesterem przechodzą w melodyjny refren. Guilty All The Same to mój ulubiony utwór z całej płyty. Wkręcający riff gitarowy i wpadający w ucho refren – czegoś takiego nie słyszałam od czasów Meteory czy Hybrid Theory (to wejście Mike’a w drugiej części utworu!), chociaż również przywodzi na myśl No More Sorrow. Autor wspominanej recenzji (Bartek Koziczyński) pokusił się o porównanie do maidenowskich wyczynów gitarowych… owszem – jest melodyjnie ale nie przesadzałabym z takim porównaniem.

Czytaj dalej

47 twarzy Serj Tankiana

Dzisiaj swoje 47 urodziny świętuje Serj Tankian z System of a Down (czy na pewno?)! Życzę zdrówka, energii i wielu inspiracji oraz tradycyjnego sto lat!

Rok temu kiedy świętowaliśmy na tym blogu urodziny Serj Tankiana, przedstawiałam go jako człowiek orkiestra, przybliżając jego sylwetkę. Zabawnie zatytułowałam wpis „46 twarzy Serj Tankiana”, nawiązując do pewnej książki (ale tylko tytułem). W tym roku… dosłownie potraktuję nagłówek. Popatrzmy na to jak w czasie zmieniał się nasz wielki krzewiciel pokoju!

System of a down – War? (1997)

Czytaj dalej

Moje podsumowanie ro(c)ku 2013! cz.2

BreakingYear 2013 cz.2

Jedziemy, jedziemy, nie ma czasu, nie ma czasu!

10. Ghost – Year Zero

Odkrycie (przez przypadek) roku (zero). Obudziłam się za wcześnie na transmisję (Alice In Chains i Metalliki) z Rock In Rio… i mi się wkręciło!

9. Hunter – $mierci$miech

Chyba mój ulubiony utwór Huntera (a może epicki Arges? Albo Płytki dołek…), taki… systemowy ;)

8. Hunter – Imperium Uboju

I od tego się zaczęło… tzn może bardziej od Kiedy umieram… ale powiedzmy, że to prawdziwy początek fascynacji Hunterem. Tak… znowu mocno Systemowy kawałek.

7. System of a down – I-E-A-I-A-I-O

A propos System of a down. Nie zapomnę Serj Tankiana mylącego się na każdym koncercie w tej piosence, ale nie w Łodzi!! Doskonały koncert!

6. Stereophonics – Graffiti on the train

Świetna płyta od Stereophonics. Normalnie ich nie słuchałam nigdy… ale utwór tytułowy za każdym razem przyprawia mnie o ciary na plecach…

5. Alice In Chains – Love, hate, love

Layne Staley R.I.P. – ten głos… Czuję go w kościach.

4. Alice in Chains – Sickman

Miało się nie powtarzać ale… ten utwór jest chory, mroczny…

* Musiałam jeszcze dodać jeden utwór AIC, który również wywiera na mniej największe wrażenie i również go męczyłam w 2013 roku… MTV Unplugged…

Alice in Chains – Down in a Hole



3. Coma – Ostrość na nieskończoność

Mogłabym tu wymienić jeszcze kilka innych utworów Comy (Schizofrenia, Transfuzja, System, Święta, Tonacja, parę z czerwonego albumu) ale wybieram ten najulubieńszy ;)

2. Alice In Chains – Stone

I od tego się zaczęło… i jak na miejscu 8, wcześniej było Your Decision. Jeżeli pod numerem 5 jaram się dziko głosem Layne’a (R.I.P.), to tutaj gitara Jerry Cantrella – solo i riff przenosi mnie do lat 90tych kiedy rock (grunge) był doskonały.  

1. Iron Maiden – Dance of death

Naokrągło. Maniakalnie. Codziennie. No… prawie. Myślałam, że po Shinedown 45 nic nigdy nie będę słuchać tak często… a jednak.

 

Tak więc, to moje muzyczne podsumowanie roku 2013. Co przyniesie 2014? Same niesamowite koncerty! Może nowe płyty i kolejne fascynacje… w każdym razie:

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROCKU 2014!!  

Koncert System of a Down

BreakingStory #2

Pamiętam własną euforię kiedy System of a down ogłosili powrót w 2011 roku. Cóż to była za informacja! Trasa opierała się głównie na festiwalach ale i tak – mimo że wtedy nie jeździłam na koncerty – przez głowę przeszła mi poważna myśl o pojechaniu na taki festiwal  do Austrii albo Holandii.  No bo trudno było oczekiwać, żeby przyjechali do Polski…

Ale już pierwsze ploty zaczęły się pojawiać pod koniec 2012 roku… Live Nation tajemniczo wrzucał na fejsa teledyski SOAD, pytali kogo byśmy chcieli zobaczyć w Polsce (bardzo dużo komentarzy właśnie żeby System przyjechał, ja też nie omieszkałam pospamować). A tydzień przed ogłoszeniem koncertu to było niemal pewne, że czeka nas wielkie święto (akurat soad ogłaszali koncerty więc wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały). I stało się! 14 stycznia marzenia tak nierealne stały się faktem – jeszcze TYLKO kupić bilet (w 3 dni rozeszły się wszystkie) i 8 miesięcy czekania… ale to już z górki ;)

System of a down znam… w sumie bardzo długo (jakby porównać inne zespoły). Co najmniej od 10 lat, ale nie zawsze mi się podobał. Oczywiście zaczęło się od Chop Suey i głupiego filmiku na Internecie (kojarzy ktoś Adik? Hahah). Ale powiedzmy, że nie było u mnie jeszcze wielkiego entuzjazmu, za ciężko i dziwnie było dla mnie hehe (co się dziwić jak to były czasy dla mnie bardziej Nickelbacka… i starego dobrego Linkin Park czy Evanescence). Tak dopiero z 7 lat temu to było pierwsze zafascynowanie Systemem – a szczególnie dzień przed maturą z polskiego – no jak sobie puściłam ATWA, Aerials, B.Y.O.B. i Hypnotize… stres zniknął niczym śnieg na Święta Bożego Narodzenia w Polsce. Nie żeby mi jakoś fantastycznie poszła ta matura… hahah ale wspomnienia są ;) Potem przyszła faza na Serj Tankiana – właściwie to dzięki niemu System mnie wchłonął. 4funTv teledysk do Empty Walls – czy to aby nie wokalista System of a down? … a on nie miał długich włosów?? Konsternacja… okej przyczajmy neta… i ruszyła lawina ;) jeszcze pół roku słuchania The Unthinking Majority, Empty Walls, Baby, Sky is Over oraz Honking Antelope (pamiętam jak w NRD utrzymywał się długi czas na liście). No i trzy lata temu – pełna fascynacja, maniakalne słuchanie soad, wszystkie teksty niemal na pamięć znane, przeglądanie Internetu w poszukiwaniu informacji, fotek, teledysków, wywiadów… ahhhh ;) ja po prostu musiałam dorosnąć do tej muzyki. Ale zawsze gdzieś tam był System, ukryty, czekający na swój czas ;)

Może czasem jest tak, że najpierw trzeba przesłuchać wiele innych rzeczy, żeby dostrzec, jak wyrafinowaną muzykę gra SOAD. Słowo „wyrafinowana” wydaje się być kompletnie niepasującym stwierdzeniem ale kiedy człowiek się dobrze przyjrzy (przysłucha) to zauważy jak z prostych riffów, dwóch wokali różniących się od siebie niczym bas od perkusji , dziwnych zmian tempa i doskonałej gry słów wychodzą kawałki tak wyjątkowe, a jednocześnie charakterystyczne i co najważniejsze – nie starzejące się. Ktoś pięknie, w którymś artykule stwierdził, że ta mieszanka muzyczna jaką gra System nie tylko 15 lat temu wyprzedzała swoje czasy ale i obecnie brzmi doskonale. Jakby czas stanął w miejscu. Mnie i tak fascynuje jak oni potrafią przywalić z gitary i basu tak, że bez włączenia na full głośności i tak trzęsie całym blokiem ;)

Przechodząc do koncertu…

13 sierpnia spełniły się marzenia wszystkich miłośników System of a down! Atlas Arena w Łodzi była wypełniona po brzegi fanami. Ubranymi przede wszystkim na czarno i co ciekawe – różnorodność systemowych koszulek chyba może dorównywać Ironom hahah ;) oczywiście, tak swoją drogą, było parę osób w koszulkach Maiden, AC/DC, Comy… SLAYER – gdzie myślę, że każdemu się w tym momencie nóż otwierał w kieszeni :P to dzięki fanom Slayer’a nasi kochani Ormianie omijali nas szeroooo(…)ookim łukiem przez ostatnie 15 lat, kiedy to jako support w Spodku zostali obrzuceni chlebem i monetami (o czym wspomniał nawet Daron Malakian podczas koncertu, dostając cios balonikiem ;) pamiętliwe skurczybyki!!). Ale myślę, że to dzięki Serj Tankianowi, który już dwa razy odwiedzał Polskę grając solowo (w październiku też wybieram się na symfonicznego Serja!) – przekonał resztę, że naprawdę warto przyjechać i nie ma wsi (poza fanami Slayera :P).

Może i ja nie byłam na wielu koncertach w życiu i nie mam porównania… chociaż jak się człowiek naogląda koncertów w Internecie to w sumie ma pewne pojęcie. Ale koncert System of a down to było wydarzenie, które zapadnie na długo w pamięci i śmiało może kandydować do koncertu roku lub kto wie – ostatnich lat. To co się działo na hali to było coś niewiarygodnego, niebywałego. Myślę, że rzadko czuje się tak miażdżącą, zapierającą dech w piersiach (dosłownie) energię i MOC. Na płycie przez 1,5 h trwało istne szaleństwo. Ścianki, mosh pity, siadanie, skakanie, fale, pogo – nie było osoby która by spokojnie stała i przypatrywała się (no chyba, że akurat musiała odpocząć, przecież ile można skakać i śpiewać  w parującym tłumie). A o poziomie szaleństwa niech świadczą stojące przez cały koncert trybuny – a przecież tam zawsze jest zamuła.

Ale chyba największe wrażenie robiły same piosenki odśpiewywane od początku do końca przez publiczność… odśpiewywane hah… wykrzyczane i wycharczane (jeżeli ktoś stracił po drodze głos lub postanowił growlować haha). Niesamowite wrażenie zrobiły oczywiście Chop Suey, Toxicity, B.Y.O.B., Deer Dance i oh-my-god Psycho. Nie mogę nie wspomnieć o Lost In Hollywood, gdzie cała hala machała rękoma w powietrzu przy słowach „All you bitches put your hands in the air, and wave them like you just don’t care” – trybuny wyglądały nieziemsko. I przy Lonely Day zapalniczki i latarki w komórkach… podczas jednej z piosenek wydawało mi się nawet, że Daron chyba nie mógł powstrzymać uśmiechu podczas śpiewania – widząc takich crazy-fanów i tą całą miłość w ich oczach – ja to bym dostała szczękościsku z banana na twarzy hahah ;) I ku mojej radości w set liście pojawiły się nie grane od dekady kawałki Spiders (uwielbiam!) czy Peephole (przeraża mnie ten utwór;)). Oraz traktujące o wojnie i żołnierzach, podniosłe i wściekłe – Holy Mountains (jak dotąd zagrane tylko w Polsce!).

A chłopaki z SOAD? Dużo to ja nie widziałam przez ten cały tłum dziko wirujący wkoło (a ja razem z nim) ale rzeczywiście Daron czy Shavo byli jakoś mocno skacowani (polska gościnność ich przytłoczyła??), John wiadomo – trudno coś zobaczyć zza perkusji (i ten tamburyn hahah). Ale Serj Tankian?! On jakoś nigdy nie był zbyt wylewny na scenie, rzadko szaleje czy wchodzi w interakcje z resztą zespołu, ale we wtorek był nie do poznania. Tzn jakby sobie strzelił kielicha to mógłby bardziej poszaleć, ale jak popatrzeć na koncerty po powrocie (i nawet te sprzed przerwy) – to tak żywiołowego, i co najważniejsze niedającego dupy podczas śpiewania (widać było czasem u niego brak entuzjazmu) – to ja Serj’a od wielu lat nie widziałam. Co on na Psycho wyrabiał?! Jest w formie ;)

Jeśli chodzi o scenografię (wspomnę szybko, że support Hawk Eyes byli nudni jak polskie telenowele) to oczywiście Amerykanie tradycyjnie stawiają na minimalizm, czyli logo, dywany i porządna dawka epileptycznych niebiesko-czerwonych świateł… tylko czemu nie było telebimów?! Nagłośnienie? Ja się nie znam – może jak dla mnie dziwny głos miał Serj i czasem traciliśmy brzmienie gitary (bas fajnie dawał po żebrach) ale ja nie będę narzekać jak cały koncertowy polski naród – jak chcą idealnej jakości dźwięku to niech sobie słuchają płyt na najdroższych głośnikach świata, a nie trolują po komentarzach :P

Przypatrując się filmikom po pierwszej części trasy koncertowej muszę powiedzieć, że… będą z tego dzieci jak ja to mówię. Najpierw John w USA oznajmił, że wrócą z nową płytą (i teraz w Niemczech), u nas Daron powiedział, że też wrócą z płytą… WTF?! Rozumiem, że John mógł sobie coś chlapnąć, ale skoro Daron – szef wszystkich szefów – wyskakuje z taką informacją to musi być coś na rzeczy! Co prawda Serj zaprzecza (ku wściekłości Shavo, który już na fejsie go pojechał parę miesięcy temu), twierdząc krótko, że on potrzebuje weny i na siłę nic nie zrobi ale… w sumie chłopaki mogliby w trójkę coś skombinować, a Serj dograłby tylko swoje partie wokalne (jakby znalazł czas) i wszyscy byliby zadowoleni ;) prawdę mówiąc jestem trochę po stronie Serj’a bo jak pokazuje jego album Harakiri – jak mu się chciało na spontana nagrać to wyszła płyta naprawdę najwyższych lotów (Elect the dead jest taką pochodną SOAD, ale już Harakiri to prawdziwe, rockowe i naturalnie skomponowane dzieło).  Ja podchodzę bardzo spokojnie do tych rewelacji płytowych, ale nie przeczę, że chcę rozwoju sytuacji w 2014 roku!

Podsumowując, ja jestem niesamowicie szczęśliwa, że byłam na GENIALNYM koncercie System of a down. Spełniło się moje marzenie! Wyszalałam się, wyśpiewałam, wyskakałam, zakwasy na rękach mam do dziś ;) No i żeby jeszcze zobaczyć chłopaków we wspaniałej formie (a Serj’a chyba w najwyższej od wielu lat), być w tak przeżywającym euforię publiczności… tego się słowami nie da opisać ile to znaczy dla mnie i dla wielu innych fanów. To nie był koncert wyreżyserowany w najdrobniejszych szczegółach, czy porażający wymyślnymi efektami świetlnymi – to było najprawdziwsze święto muzyki! Totalne SZALEŃSTWO!!

Taki filmik: