Koncertowe podsumowanie ro(c)ku 2014!

BreakinYear2014

Koncertowe podsumowanie ro(c)ku 2014! (chociaż nie wiem czy bardziej by nie pasowało „metalu”…)

W 2014 roku byłam na wielu koncertach, więc postanowiłam wybrać te najlepsze. Co to były za występy… niezapomniane, fantastyczne, nierealne! Oto dziesiątką koncertów 2014 roku!

10. Proletaryat – 06.06.2014r., Dni Sosnowca.

Ciepło wspominam ten koncert… nie tylko dlatego, że było wtedy po prostu gorąco. Ludzi było mało, tylko wtajemniczeni. A mimo to młodzież bawiła się w mini pogo, do którego dołączały sporadycznie inne osoby. A panowie z Proletaryatu nie odpuścili i dali bardzo fajny koncert. Pozytywnie wbił mi się w pamięć, dlatego w tym zestawieniu musiał się pojawić.

[RELACJA]

9. WinterFest –  15.11.2014, Skindred, Klub Studio, Kraków.

Tak nisko, bo było haniebnie mało ludzi. Ale za to na Skindredzie była super zabawa, można było poszaleć!

[RELACJA]

8. Chemia/OCN – 28.03.2014r., 2doors, Sosnowiec.

Również mało ludzi, nawet jak na tak miniaturowy klub jakim jest 2doors. Ale niespodziewanie panowie z Chemii rozkręcili z tej małej grupki ludzi fajną zabawę. A więc jak się chce i potrafi się to można ruszyć ludzi do pogo, nawet panią w szpilkach ;)

[RELACJA]

7. Deep Purple – 15.02.2014r., Spodek, Katowice.

Tym razem, dla odmiany w tym zestawieniu – Spodek był pełen ludzi. Dzień, w którym Kamil Stoch i Zbigniew Bródka zdobyli złote medale olimpijskie. Trochę szkoda, że siedziałam na trybunach, ale mimo to było bardzo fajnie, a uśmiech nie schodził mi z ust. Może nie poszalałam na tym koncercie ale i tak dobrze się bawiłam!

[RELACJA]

6. Avenged Sevenfold – 04.06.2014r., Atlas Arena, Łódź.

Gdyby nie ogromne rozczarowanie tak małą ilością ludzi w Atlas Arenie – koncert byłby zdecydowanie wyżej. Świetna zabawa, pogo, klaskanie, śpiewanie – wszystko co najlepsze było – poza ludźmi.

[RELACJA]

5. Hunter/Coma – 21-22.03.2014r., CK Wiatrak, Zabrze.

Dwa dni pod rząd w CK Wiatrak na koncertach. Wyszalałam się za wszystkie czasy, a koncert Huntera plasuje się na szczycie najdzikszych koncertów, na których byłam. Niby „to co się działo w klubie, zostaje w klubie” ale tym razem zastosowałam wyjątek ;)

[RELACJA cz.1]

[RELACJA cz.2]

Czytaj dalej

Moje podsumowanie ro(c)ku 2014! cz.2

BreakingYear 2014 cz.2

Druga część podsumowania ro(c)ku! Kto wygrał??? W sumie odpowiedź jest oczywista ;)

5. Ghost – Ritual

Wciąż nie wiem czemu mi się ten Ghost podoba. Cieszę się, że mogłam ich zobaczyć dwa razy w tym roku – najpierw w Poznaniu, a potem w Stodole w Warszawie. Super koncert i znowu mi się wkręcili. A już w 2015 roku mają wydać nową płytę! Nie mogę się doczekać!

4. Avenged Sevenfold – Critical Acclaim

Przyjechali do Polski to i zaczęłam ich słuchać w sposób wzmożony. Na tyle mi się odmieniło, że bardziej  mi się podobają starsze płyty niż nowe. Tutaj też mogłabym parę innych wskazać numerów do tego zestawienia ale będzie ten!

Czytaj dalej

Avenged Sevenfold, Łódź, 04.06.2014 r. (relacja)

BreakingStory #32

Avenged Sevenfold, 04.06.2014r., Atlas Arena, Łódź.

Pierwszy z koncertów z cyklu „długo oczekiwanych”. W sensie, że bilet miałam z pół roku temu zakupiony. Co prawda Avenged Sevenfold nie należy do moich ukochanych zespołów, które wymieniam jednym tchem (kolejność przypadkowa): Iron Maiden, Alice In Chains, Shinedown, System of a Down, Hunter, Coma, R.E.M., Blind Guardian. Ale za to jest w gronie tych zespołów, które bardzo chciałam obejrzeć na żywo. No i w końcu się udało!

Czytaj dalej

Albumowy zawrót głowy 2013 roku, cz.1

BreakingYear #3 BreakingCD #3

Jest marzec, więc trochę już późno na podsumowania muzyczne 2013 roku. Ale o muzyce można rozmawiać bez końca, byleby była ona godna polecenia. Sprowokowana przez kolegę abym pochwaliła się własnym rankingiem płyt 2013 roku (ponieważ skomentowałam jego top50), zaakceptowałam wyzwanie!

Czytaj dalej

Rock in Rio V, cz.3

Rock in Rio V, cz. 3

Avenged Sevenfold

Jakimś cudem udało mi się trafić na sam początek koncertu (mimo, że planowałam dołączyć się w połowie). (Nie)kochane Avenged Sevenfold, bardzo mnie interesowało jak wypadną na żywo z metallikowym repertuarem, no i jak zareaguje publika.

Zaczęli od bijących dzwonów z Shepherd of Fire, ale to Critical Acclaim porwał ludzi do zabawy. Kolejny Beast and the Harlot, gdzie M.Shadows w ray-banach wspominał o fascynacji Iron Maiden (i to nie raz w czasie koncertu; swoją drogą grali jako support dla nich parę lat temu), znowu wzbudził entuzjazm . W sumie to piosenki z nowego albumu Hail to the King (Hail to the King, This Means War, Requiem) raczej nie cieszyły się dużym powodzeniem. Potężnie zabrzmiały Buried Alive, Afterlife i Nightmare. Sevenfold zadedykowali emocjonalne Fiction dla The Rev’a (James Sullivan) – zmarłego w 2009 roku perkusisty. Trzeba nadmienić, że młodziutki Arin Ilejay za bębnami (od  2011 roku w zespole, zastąpił, uwaga, Mike’a Portnoy’a) radzi sobie fantastycznie, jak na takie chucherko. I na koniec Bat Country i metalcore’owe Unholy Confessions… i potwierdza się to, że M.Shadows już nie potrafi tak krzyczeć jak kiedyś (zrobił się bardziej melodyjny, podobna historia do Serj Tankiana). Ja tam myślę, że wyszło mu i zespołowi to na dobre. Cały zespół dał potężnego kopa, z energią dorównującą najlepszym. Matt nie oszczędzał się, wykorzystywał całą scenę (ogniste bramy – najs), Synyster Gates cisnął na gitarze niczym Dave Murray, a publika szalała. Czekam aż odwiedzą Polskę ;)

http://www.youtube.com/watch?v=v2eDlB1Yboc

 

Iron Maiden

Koncert, na który najbardziej czekałam. Koncert, na którym byłam ;) w Łodzi 3 lipca, ta sama scena, te same efekty, te same piosenki. I  Iron Maiden! Jednak jak ktoś występuje na sam koniec festiwalu to znak, że mamy do czynienia z legendą. I to też do czegoś zobowiązuje. Trzeba dać czadu! A jednak Ironi to już nie pierwsza młodość, Bruce bardziej walczy aby dotrwać do końca, a zza perkusji słychać trzeszczenie kości Nicko McBraina… Miałam ogromne obawy, że no niestety ale legendarnego koncertu z 2001 roku na Rock In Rio, nie tylko nie przebiją ale i nawet nie zbliżą się do tej nieziemskiej formy tuż po powrocie Bruce’a…  w większym błędzie być nie mogłam!!

Trasa Maiden England – taka retrospekcja z 1988 roku, z utworami głównie z płyty Seventh Son of the Seventh Son (swoją drogą film ma się ukazać na bazie powieści Seventh Son w 2014 roku ;)) – jedynego koncepcyjnego albumu na koncie Maiden. W 2012 roku przejechali USA i Kanadę, by w 2013 roku objechać Europę (2 razy w Polsce – Łódź i Gdańsk) i triumfalnie wylądować na Rock In Rio (i ruszyć jeszcze na Amerykę Południową i USA). Niesamowite ale ta trasa wprowadziła tyle świeżości i energii do zespołu, że przeżywają z czwartą już młodość ;)

Zaczęło się od… coveru Doctor, Doctor zespołu UFO! Zawsze przed początkiem grają ten kawałek – to znak dla wszystkich, że już za chwilę, zaraz, za momencik pojawią się ONI! Ironi!! Jeszcze lodowe Intro na telebimach (ciary przechodzą od tej trailerowej muzyki) i „Seven deadly sins… seven ways to win…” i jazda z Moonchild! A zaraz Can I play with Madness (nie cierpię tej zbyt dobrze wpadającej w ucho piosenki), The Prisoner. Bruce szalał po scenie jak chyba nigdy, nawet 12 lat temu nie wyskoczył (dosłownie) z taką siłą do publiczności. Po tych trzech piosenkach obawiałam się, że dostanie zadyszki… a tu 2 Minutes to Midnight, Afraid to Shoot Strangers (baaardzo lubię), a jego wciąż pełno na scenie. Nie omieszkał, ku mojej radości, dosiąść kamery (jak 12 lat temu), żywiołowo gestykulował – i w ogóle nie było widać po nim zmęczenia (pewnie po każdej piosence sztachnął sobie espresso, w tej Brazylii mają zabójczo mocne te kawy). The Trooper i kolejne The Number of The Beast wprowadziło publikę w ekstazę, a Bruce tradycyjnie wymachiwał brytyjską flagą w czerwonym mundurze, po czym oczywiście obwinął nią głowę Janicka (odgrywają tą scenkę za każdym razem; na koncercie w Łodzi myślałam, że posikam się ze śmiechu tam). Przy The Beast pojawiła się rogata bestia – tego jeszcze nie było. Następny Phantom of the Opera – jeden z trzech utworów z pierwszej płyty (!) Ironów na tej trasie, poprzedziło gromkie, piłkarskie „ole-ole-oleee, maiden, maiden” publiczności  i zabawa Bruce’a w boga – ucisz tu sobie ze 100 tysięcy ludzi jednym gestem i nawet bez „scream for me!” panuj nad tłumem. Wow! Naszych trzech gitarzystów (w końcu mieli swoje kilka chwil na telebimach) zagrało Upiora z wielką werwą. I Bruce „Master of Fire” Dickinson haha. Cieszący się wieczną miłością fanów Run to the Hills wywołał euforię, przede wszystkim za sprawą chodzącego Eddie’go z szabelką w ręku i walczącym z nim Janickiem (kiedy się człowiek przyglądnie to Eddie niezwykle rytmicznie uderza tą szablą o talerze Nicko). Jedyny moment odpoczynku dla Bruce’a kiedy nie jest na nim skupiona kamera oraz oczy widzów, tylko Eddie, Eddie, Eddie! Wasted Years na cześć Adriana Smitha i w końcu oczekiwana, monumentalna piosenka tego wieczoru. Epickie Seventh Son… Duży Eddie jako prorok z kulą i Bruce… z czubem na czole. Oj robi wrażenie ten utwór; jest groza, klimat, mroczna historia. Zwolnienie w środku (konstrukcja jak mityczne Rime of the Ancient Mariner), ale tu pojawia się organo-syntezator (z tajemniczą postacią za nimi, w końcu mogłam się przyjrzeć co to za człowiecze <wampir?> tam było na koncercie), odpływasz. Nareszcie możemy popatrzeć na Adriana, Dave’a, Janicka i Steve’a. Moc i jeszcze raz moc. Aby tak szybko nie porzucić klimatów Siódmego Syna – The Clairvoyant. Znowu czas na wybuch śmiechu – Bruce z szopą na głowie najpierw bawił się krótkofalówką technika, a potem przemierzał świat na kamerze. No i piosenka, która miała konkurować z The Memory Remains, czyli Fear of the Dark. Zawsze robi wrażenie, odśpiewa ze 100-tysięcznym chórem – miażdży. Na koniec Iron Maiden i po raz drugi dziś – duży Eddie, nawiązujący do okładki Seventh Son…, lodowe tło, górna część cielska Ed’a, ze świecącymi ślepiami, pionowym snopem ognia z głowy i baby-eddie w jego szponach. Straszne, obrzydliwe ale piękne! Iron Maiden wants All of YOU!

Tradycyjnie Ironi wyszli na trzy bisy. Aces High, które bardzo entuzjastycznie wspominam z Łodzi bo jakiś miły chłopak postanowił mnie wziąć na barana i wszystko widziałam! Bruce w pilotce i zabawa trwa dalej! The Evil that Men Do – też jedna z moich ulubionych piosenek – znowu fantastycznie odegrana. I końcowe Running Free, z lokowaniem produktu (piwem The Trooper) przez Bruce’a (słabe to było, ale mistrzom można to wybaczyć). Na bisy biedna publiczność trochę zmokła (Rainmaker?).

Koncert Iron Maiden był wisienką na torcie Rock In Rio. Doskonałe show!  Z cudowną międzynarodową publicznością! I pełnymi energii Anglikami – mimo wieku tak szaleć na scenie?! Oni pukają do bram sześćdziesiątki?! No way! Wspaniały występ! I jestem jeszcze bardziej zadowolona, że ja to na żywo widziałam w Łodzi! Maiden FOREVER!

http://www.youtube.com/watch?v=n-LrMtKcc44

Hello, a Always look on the bright side of life? ;)

 

Kilka słów na podsumowanie festiwalu Rock in Rio V.

- Publiczność – kapitalna. Miałam dużą przyjemność z oglądania tak wspaniale reagującej publiki. Nie było tak, że ludzie przyszli tylko na jeden zespół, ale świetnie bawili się też przy innych.

- Scenografia. Hah, tu jest dobry temat porównawczy. Ghost ograniczyli się do napisu Ghost na ogromnym telebimie za sceną. A czemu nie? System of a down też ma tylko napis i jest dobrze ;) Alice In Chains postanowili wykorzystać maksymalnie big-telebim i piękna grafika współgrała z muzyką (spadające krople podczas Rain when I die – magiczne!). Metallica pokazywała (poza Intro) tylko siebie na ekranie. Tak też można. Avenged Sevenfold raczej opierali się na buchających ogniem bramach plus duży ekran. A Iron Maiden tradycyjnie: okładkowe płachty, ognie, fajerwerki i Eddie w kilku wersjach. Bardzo mnie to cieszy, że tak różnorodnie było.

- Realizacja YouTube. Jakość znakomita, dźwięk przez większość transmisji bardzo dobry (poza AIC, niestety). Może trochę za dużo było Bruce’a Dickinsona podczas koncertu Iron Maiden (za mało Janicka…), może za mało publiczności podczas koncertu Metalliki, ale to już czepianie się szczegółów. Ogólnie było bardzo dobrze. Oby więcej takich transmisji live!!

- Ghost B.C. Już podkreślałam, że jak dla mnie odkrycie festiwalu. Ale czy tylko ja się zastanawiam czy im nie było za gorąco w tych przebraniach?? Przecież w tym Rio trochę ciepło jest… wiosna! To się nazywa poświęcenie dla wiernych… fanów ;)

- Fryzury. Bo to się trochę pozmieniało! Ja wiem, ze to kompletnie nieistotne, ale pokomentować można (w końcu jestem kobietą to mogę!). M.Shadows z A7X – długo chyba już nie będzie miał tych długich włosów co to sobie z dwa lata zapuszczał – już zgolił boki ale dzięki temu lepiej wygląda! Jerry Cantrell – coraz mniej tych słitaśnych blond włosków. Jak to się ma do poprószonej siwymi pasemkami czupryny Bruce’a Dickinsona? ;)

- Ostateczny ranking koncertów… subiektywna ocena. Z bólem w sercu, piąte miejsce zajęli Alice In Chains… obiektywnie – William mimo, że dał radę to niestety ale to nie Layne (ze Staley’em by zniszczyli system! Tak jak w Hollywood Rock Festival w Rio de Janeiro z 1993 roku). Czwarte miejsce… Ghost B.C.! Przegrali trzecie miejsce z Avenged Sevenfold tylko ze względu na publikę. Jednak na A7X ludzie reagowali genialnie, a przy ekscentrycznych Ghost to jednak trudno się bawić. No i kto zwyciężył? Nie trudno zgadnąć, że moje ukochane Iron Maiden! Ale przyznam, że Metallica zawiesiła wysoko poprzeczkę! Wszystko dzięki nadludzkiej energii Bruce’a Dickinsona! Mieli kręcić DVD podczas tego koncertu, więc pewnie to go zmotywowało do większego wysiłku ;)