Relacja: Impact Festival 2017 – System of a Down, Royal Republic, Red Sun Rising (17.06.2017, Tauron Arena Kraków)

Cóż to był za koncert System of a Down! Zespół znowu dostarczył niezapomnianych wrażeń i emocji swoim fanom, którzy szaleli w dzikich tańcach na płycie, aż do utraty tchu. Choć cztery lata temu w Łodzi w Atlas Arenie panowało jeszcze większe szaleństwo to w krakowskiej TAURON Arenie mogliśmy przeżyć kilka wyjątkowo pięknych chwil, a także czerpać przyjemność z ponadczasowej muzyki ormiańsko-amerykańskiego zespołu znacznie dłużej niż poprzednim razem. Ten wspaniały wieczór podczas drugiego dnia Impact Festival ubarwiły supporty: Red Sun Rising i Royal Republic.

20170617_214934

Czytaj dalej

Relacja: Sabaton, Accept i Twilight Force zagrali w Krakowie! (03.03.2017, TAURON Arena)

Pierwotnie krakowski koncert szwedzkiego Sabatonu miał się odbyć w Hali Wisły, ale ze względu na duże zainteresowanie występ przeniesiono do TAURON Areny, co okazało się bardzo dobrym pomysłem. Tłumy rozentuzjazmowanych fanów stawiły się pod dużą sceną, gdzie głośniki mogły pracować pełną mocą niemal łamiąc żebra. Znakomitą atmosferę przed Sabatonem zapewniły suporty: Accept i Twilight Force.

sabaton3

Czytaj dalej

Relacja: Parkway Drive w Krakowie! (10.08.2016, Kwadrat)

Choć w środę Kraków przywitał fanów metalcore’u rzęsistym deszczem, to Australijczycy z Parkway Drive postanowili nie być gorsi i swoją porywającą muzyką rozgrzali Kwadrat do czerwoności tak, że koszulki kleiły się fanom do ciał, jakby dopiero co wrócili z pola. W tym diabelskim planie wspomogli ich Bury Tomorrow oraz Burning Down Alaska. 

Pierwsi na scenę wyszli Brytyjczycy z Bury Tomorrow i od razu rozkręcili pogo i circle pit na środku płyty. Daniel Winter Bates i spóła przyjechali do Krakowa dać czadu, nie zważając na to, że Kwadrat dopiero się zapełniał. „To nie jest pogrzeb!” – apelował do publiki wokalista zespołu, a ta rzeczywiście dała się ponieść temu niezwykle żywiołowemu, melodyjnemu metalcore’owi. Szkoda tylko, że nagłośnienie, jak na możliwości krakowskiego klubu było raczej kiepskie, ale te niedogodności rekompensowała energia bijąca od Bury Tomorrow, którzy jakby chcieli to roznieśliby tą całą scenę w drobny pył.

Po takim otwarciu, człowiek nastawiał się na kolejną petardę, która dorzuci do pieca kolejnymi szybkimi i ciężkimi brzmieniami. Jednak Burning Down Alaska nie sprostał tym oczekiwaniom grając nieco spokojniej, ale bardziej emocjonalnie. Może gdyby nagłośnienie i tym razem nie zawiodło, to przeplatające się wokale Tobiasa Rische (growl) i Kassim Auale (czysty śpiew) bardziej przypadłyby do gustu licznej już wtedy publiczności. Mimo to, młodzi Niemcy nie dawali za wygraną i całkiem skutecznie zachęcali ludzi do pogo, machania rękoma na boki czy nawet siadania na parkiecie i skakania. Jednak grające przed nimi Bury Tomorrow postawiło za wysoko poprzeczkę (wczujmy się w tą olimpijską atmosferę) i Burning Down Alaska wypadli przy nich przeciętnie, choć niewątpliwie wyróżnili się swoim stylem i pomysłem na siebie. 

Zanim metalcorowcy z Australii wyszli na scenę, publiczność, która już dość szczelnie wypełniła krakowski Kwadrat, mogła posłuchać takich hitów sprzed lat, jak „Livin’ On A Prayer” Bon Jovi’ego i „Bohemian Rhapsody” Queen. Przewrotny pomysł, ale fani bez kompleksów śpiewali i klaskali do słynnych przebojów. Po chwili, przy wielkiej wrzawie, Parkway Drive rozpoczęli swój koncert od „Destroyer” i ” Dying to Believe” pochodzących z najnowszego albumu „Ire”, który zespół promuje na obecnej trasie. Podczas występu mocno postawili na utwory właśnie z tej płyty, bo usłyszeliśmy jeszcze „Vice Grip”, „Dedicated”, a także „Bottom Feeder”, które przeplatali najbardziej znanymi i popularnymi kawałkami jak „Carrion” i „Idols and Anchors”. Nie trudno było zauważyć, że więcej emocji wywoływały te starsze numery, gdzie pogo i circle pity rozkręcały się najbardziej. Wokalista Parkway Drive, Winston McCall, nie musiał nikogo namawiać do szalonej zabawy podczas „Karma”, ani do śpiewania w „Devil’s Calling” i „Wild Eyes” (zrobiło wrażenie!). Największe zniszczenie przyniósł, wypełniony break downami, „Dark Days”, gdzie cały Kwadrat skakał żywiołowo, a pięści poszły w górę. Co ciekawe poza szybkimi i potężnymi utworami usłyszeliśmy również „Writings on the Wall” – mroczny, ale spokojniejszy kawałek, gdzie mogli odsapnąć zarówno fani, jak i zespół, który na scenie dawał z siebie wszystko i po niemal każdej piosence potrzebował chwili oddechu. 

Na bis Parkway Drive zagrali miażdżący, nomen omen, „Crushed”, pochodzący również z „Ire”. A na sam koniec zaserwowali masywne „Home Is for the Heartless”, gdzie polska publiczność tak głośno zaśpiewała, że chyba obudziłaby smoka wawelskiego. 

Choć koncert Parkway Drive trwał tylko nieco ponad godzinę, był na tyle intensywny i porywający, że wypompował całą energię z szalejących pod sceną fanów. Może i zabrakło podczas występu kilku bardziej lubianych kawałków, jak na przykład „Sleepwalker” czy „Romance Is Dead”, ale te numery z „Ire”, których łącznie uzbierało się aż siedem, bardzo dobrze sprawdziły się na żywo. Szczególnie, że koncert Australijczyków w końcu był wzorowo nagłośniony i można było czerpać dużą przyjemność z muzyki. To był świetny występ, czekamy na kolejne!

Relacja została pierwotnie opublikowana 13 sierpnia 2016 roku na portalu CityFun24.pl

WinterFest ze Skindredem! (relacja, 15.11.2014r.)

BreakingStory #48

WinterFest, 15.11.2014r., klub Studio, Kraków.

Nie zostałam wylosowana do komisji na wybory samorządowe – ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – za to wygrałam bilet na WinterFest w krakowskim Studiu.

Festiwal rozpoczął się po 17 od Sawblade i KNoW, których nie widziałam (nie tak prosto jest się dostać do klubu i to jeszcze po ciemku). Ale już na Anti-Clone zdążyłam. W samym klubie, który taki mały nie jest (wielkość „płyty” porównywalna do Wiatrakowej w Zabrzu, ale za to mają część barową) było bardzo mało ludzi, a pod sceną była dosłownie garstka. Trochę szkoda, bo Anti-clone dali czadu. Wokalista z wymalowaną na biało twarzą i soczewkami szalał z mikrofonem, zeskakiwał do publiczności, zachęcał do śpiewania (a raczej krzyczenia) refrenu. Nawet jeden chłopak otrzymał mikrofon i pokazał kawał głosu (szacun!). Wizerunkowo świetnie się prezentowali.

Nagłośnienie było tak kapitalne – chyba najlepsze jakie dotąd słyszałam w klubie przy tak ciężkiej muzyce. I pewnie dlatego też bardzo mi się spodobali. Efektem tego było nawet wspólne zdjęcie z muzykami.

Czytaj dalej

Tour de Pologne! Tour de Majka!

Offtopic

71. Tour de Pologne

W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że dożyję momentu jak polski kolarz wygrywa nasz narodowy wyścig Tour de Pologne. I to w takim stylu! To znaczy, miałam nadzieję, że może Michał Kwiatkowski jakimś cudem da radę (w końcu w 2012 roku był bardzo blisko, o 5 sekund przegrał z Moreno Moserem). Ale że Rafał Majka wygra?! Na naszym Tourze nie ma długich i najlepiej stromych podjazdów i jeszcze wyścig kończy się czasówką. Do ostatniej soboty twierdziłam (i nie tylko ja), że to nie jest wyścig dla Majki… wszyscy byliśmy w błędzie. Okazuje się, że nasz rodak potrafi i zafiniszować pod górę i „odczepić” rywali z koła oraz znakomicie pojechać jazdę indywidualną na czas. I podkreślmy to, że ten chłopak ma w nogach Giro d’Italia i Tour de France i parę innych wyścigów. Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że wolałam „nie nadmuchiwać balonika” (żeby się potem nie rozczarować), bo tak naprawdę nie miałam dowodów na to, że on potrafi tak wspaniale jeździć! Ani ja, ani eksperci, ani sam Majka nie wiedział na ile go stać. Ale postanowił walczyć do upadłego, a ja nie poprzestałam jedynie na „pchaniu” przed telewizorem!

71. Tour de Pologne wyruszył z Gdańska. Tym samym wyścig uczcił 20-lecie wolnych wyborów w Polsce, stąd start odbył się spod Stoczni, czyli miejsca gdzie rodziła się Solidarność, a otwierał go uroczyście Lech Wałęsa. Pierwszy etap z metą w Bydgoszczy (bardzo ciekawy pomysł na finisz na moście Uniwersyteckim!), zgodnie z przewidywaniami, zakończył się sprintem z peletonu, z którego najlepszy okazał się Yauheni Hutarovitcha z Białorusi (co dzięki wspaniałej TVP trudno było dostrzec). Na pewno zapamiętamy ten etap, jako bardzo… żywiołowy. Większość trasy kolarze przejechali w 30-stopniowy upale, by przed wjazdem do Bydgoszczy przeżyć (dosłownie) rozszalałą burzę gradową, która łamała drzewa, a mokra nawierzchnia spowodowała kilka groźnych kraks w peletonie. Na szczęści Rafał Majka był czujnie eskortowany przez swoją drużynę Tinkoff-Saxo.

Czytaj dalej